Wpisy otagowane tagami: I wojna światowa

Polityka historyczna w Polsce

Początkowo wpis chciałem okrasić tytułem „Polska polityka historyczna”, jednak doszedłem do wniosku, że takie sformułowanie jest zupełnie nieadekwatne do stanu faktycznego. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma jednej dominującej siły, która narzuca taką, a nie inną politykę historyczną. Oczywiście można wyróżnić główne nurty propagowane przez różne instytucje — wśród których na pewno jest władza ustawodawcza, a także władze samorządowe — jednak żadna z nich nie zdobyła, w sposób naturalny, a nie administracyjny, znaczącej przewagi nad innymi. Dlatego zamiast opisywać działania konkretnych organizacji, przedstawię kilka ogólnych spostrzeżeń związanych z tym tematem.

Realizacja polityki historycznej odbywa się na kilku płaszczyznach, jedną z nich jest szkoła. Dzieci i młodzież od początku swojej edukacji są karmione różnymi frazesami, a w dalszym procesie edukacji ugruntowują wyrobione wcześniej przekonania. Dość wyraźnym przykładem obecnej polityki historycznej jest promowanie Unii Europejskiej (od razu zaznaczę, że podawane przeze mnie spostrzeżenia nie mają charakteru wartościującego). Po 2004 roku w podręcznikach do wiedzy o społeczeństwie Unia Europejska stała się jednym z ważniejszych tematów. Stosunkowo mało informacji jest natomiast o Grupie Wyszehradzkiej, Trójkącie Weimarskim, Inicjatywie Środkowoeuropejskiej czy chociażby Radzie Państw Morza Bałtyckiego.

W ramach polityki historycznej ograniczana jest ilość godzin historii w szkole. Ze swoich lat szkolnych pamiętam, że na żadnym etapie edukacji nie udało nam się dojść do okresu po II wojnie światowej. Zazwyczaj kończyliśmy mniej więcej na dwudziestoleciu międzywojennym. Dlaczego ważniejsze było poznać formowanie się państwa Mieszka I, a nie formowanie się PKWN-u albo wolnej Polski po 1989? System edukacji kładzie nacisk na historię dalszą, niemającą niemal żadnego znaczenia na czasy obecne, zaś zapomina o dostarczeniu informacji aktualnych i mających realny wpływ na obecną sytuację geopolityczną. Niestety WOS nie nadrabia tych braków, gdyż koncentruje się na czymś zupełnie innym. Przeniesienie punktu ciężkości z nauczania dziejów Piastów i Jagiellonów na historię XX wieku przyniosłoby więcej praktycznych korzyści, niż nauka o początkach państwa polskiego. Pozbawianie wiedzy aktualnie przydatnej, przekładającej się również na świadomość historyczną młodych ludzi, podważa fundament wspólnoty narodowej.

Kolejną, chyba najważniejszą sferą oddziaływania na świadomość historyczną ludzi, są media. Nie od dziś funkcjonuje powiedzenie, że „media czwartą władzą”, a także że „media kłamią”. Większość osób potrafi powtórzyć te frazesy, jednak obawiam się, że jedynie część zastanowiła się nad nimi i w konsekwencji krytycznie przygląda się doniesieniom radia czy telewizji.

Przykładem niech będą tegoroczne: Marsz Niepodległości i kontrmanifestacja zorganizowana przez Porozumienie 11 listopada. We wszystkich stacjach telewizyjnych ukazano chuliganów i agresywnie zachowujących się demonstrantów. Niektóre stacje postawiły znak równości między kibolami a uczestnikami Marszu Niepodległości oraz między kontrmanifestantami a lewakami.

Oba te przekazy są niepełne, pokazujące jedynie wycinek wszystkich wydarzeń. 11 listopada w Warszawie zatrzymano tylko ponad 200 osób za demolowanie i rozróby, przy czym tę liczbę mniej więcej równo należy podzielić, ponieważ zatrzymano osoby z obu stron sporu. Na samym Marszu, w zależności od osób i instytucji wyliczających, było od 20 do ponad 90 tys. ludzi. [źródła: strona organizatorów, blog Romualda Szeremietiewa]. Uczestnicy przygotowali ogromne flagi, śpiewali patriotyczne pieśni, a wielu z nich przyszło całymi rodzinami, aby celebrować najważniejsze święto państwowe w RP. Tych obrazów nie pokazała żadna telewizja, informacje o tym można było czerpać przede wszystkim z portali społecznościowych i filmów z YouTube.

Nie mam natomiast informacji ile osób wzięło udział w wiecu i kontrmanifestacji, jednak jestem pewien, że zdecydowaną większość miała pokojowe zamiary i nie demolowała i nie biegała z pałkami teleskopowymi po ulicach Warszawy.

Odmienną kwestią jest fakt, że największe i opiniotwórcze media lansowały hasło jednej strony – Porozumienia 11 listopada. Ich głównym sloganem było tradycyjne wręcz: „Faszyzm nie przejdzie”. Jednak tylko nieliczni dziennikarze i publicyści stanęli w obronie organizatorów Marszu Niepodległości, wyjaśniając, że faszyzm nie jest adekwatnym pojęciem i nie należy łączyć go z Marszem. Dużo gorszą rzeczą, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, było bardzo neutralne podejście mediów do grup anarchistów z Niemiec. (W moich odczuciu anarchiści, z fundamentalnych powodów, stanowią duże większe niebezpieczeństwo, niż faszyści.) Przyzwalanie na tego typu demagogie i powielanie nieprawdziwych informacji jest bardzo niepokojące, może też prowadzić do wielu nieporozumień, a także jest sprzeczne z etyką dziennikarską.

Powyżej opisałem przykład, którym chciałbym dowieść, że pewne grupy społeczne, i to wcale nie małe, są spychane na margines, a ich potrzeby i pozytywne działania bagatelizowane (negatywne opinie i przyczepione łatki zaś hiperbolizowane). Dla mnie jest to jawny przykład polityki historycznej, polegający na chęci obrzydzenia pewnej idei. W tym przypadku idei narodowej z Romanem Dmowskim jako jej symbolem i próbowaniu totalnego stłamszenia jednej odmiany patriotyzmu przy jednoczesnym zachwalaniu „nowego patriotyzmu” i nowego „modelu Polaka”. Media powinny zachować neutralność, jednak dyskurs publiczny wypełniony jest skrajnościami i ciągle podsyca napiętą atmosferę.

Ostatnią płaszczyzną, do której nawiążę, są nazwy ulic, pomniki, popiersia, obeliski upamiętniające wydarzenia i tym podobne architektoniczne spuścizny po czasach słusznie minionych. Swój przykład oprę o naszą stolicę, w której zatrważająco dużo jest takich pozostałości. Fakt ten nazwę paradoksem dekomunizacji.

Ów paradoks polega na tym, że mimo przeprowadzenia dekomunizacji, czyli między innymi usunięcia z przestrzeni publicznej znaków komunistycznych, nazw ulic, czy odsunięcia od sprawowania wysokich urzędów państwowych ludzi związanych z władzą ludową, wiele symboli, nie wspominając o osobach, pozostało na swoich miejscach.

Pierwszym przykładem niech będzie pomnik gen. Zygmunta Berlinga przy ul. Wał Miedzeszyński na Saskiej Kępie w Warszawie. Berling jest bardzo kontrowersyjną postacią. Podczas I wojny światowej służył w Legionach, po wojnie w niepodległym Wojsku Polskim, w którym uzyskał rangę podpułkownika. Jeszcze w trakcie II WŚ Berling zaczął współpracować z Armią Czerwoną, dowodził nawet nieformalną grupą wysokich oficerów, którzy zdecydowali się oddać w dyspozycję Moskwy. W 1941 w tajemnicy dobrowolnie poprzysiągł wierność Związkowi Radzieckiemu, przeszedł szereg szkoleń, a następnie na polecenie Stalina dołączył do armii gen. Andersa, a tam zajmował się szpiegostwem na rzecz ZSRR. W skutek działań i postawy Berlinga w 1943 r., po jego dezercji i ucieczce do Związku Radzieckiego, sąd wojskowy skazał go na śmierć. Nie będę przytaczał dalszej historii Berlinga, to temat na oddzielny wpis.

Czy ideowy komunista, walczący u boku Armii Czerwonej, zasługuje w wolnej i niepodległej Polsce na pomnik?

Jedną z głównych ulic Warszawy jest Aleja Armii Ludowej. AL było wojskiem zorganizowanym przez polskich i sowieckich komunistów, którzy z założenia mieli bardziej pomóc Armii Czerwonej, niż Armii Krajowej. Dowódcą AL był gen. Michał Rola-Żymierski, między innymi Naczelny Dowódca Wojska Polskiego i minister obrony narodowej (1945–1949) i przewodniczący Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, Marszałek Polski, członek Prezydium Krajowej Rady Narodowej. Jak widać po wojnie zajmował on najwyższe stanowiska w nowej Polsce.

Armia Ludowa zajmowała się przede wszystkim sabotażem aprowizacji niemieckich, stoczyła też szereg bitew z Niemcami, jednak nie były to ani wielkie, ani znaczące starcia. Udział AL w powstaniu warszawskim był znikomy, przede wszystkim dlatego, że Moskwa zabroniła jej wziąć udział w tej insurekcji.

Na potwierdzenie faktu, że AL wcale nie sprzyjała Rzeczpospolitej, powrócę do 2007 roku, kiedy głośno było o nowelizacji prawa kombatanckiego. Tę nowelizację przygotowały Instytut Pamięci Narodowej oraz Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Na jej mocy żołnierze Armii Ludowej oraz Gwardii Ludowej mieli zostać wyjęci spod prawa kombatanckiego, ponieważ uznano, że działania obu organizacji były wymierzone w suwerenność, niepodległość i integralność Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak to się stało, że nazwa tak haniebnej formacji przetrwała proces dekomunizacji i pozostała nazwą dla jednej z głównych ulic w stolicy?

Najbardziej zniesmaczony jestem faktem, że w jednym z najładniejszych parków w stolicy, a dokładnie w Parku Skaryszewskim im. I. J. Paderewskiego, stoi Pomnik Żołnierzy Radzieckich, upamiętniający 26 sołdatów poległych we wrześniu 1944 r. Na wmurowanej w monument tablicy został umieszczony napis:

Wieczna chwała
bohaterom
Armii Czerwonej
poległym w walkach
o wyzwolenie
stolicy Polski
Warszawy

Udział Armii Czerwonej w wyzwalaniu Warszawy jest nikły – ZSRR nie popierało powstania warszawskiego. Konsekwencje „pomocy” Związku Radzieckiego okazały się katastrofalne dla Polski. Po wycofaniu się Niemców Rosjanie zajęli stolicę i rozpoczęli własną okupację, nie oddali jej w ręce Polaków. Warto też przypomnieć, że Związek Radziecki 17 września 1939 r. dokonał agresji na Polskę, która zaowocowała bardzo długą okupacją i wieloma represjami. Dodatkowo wiedząc, jaki cele i nakazy miały komunistyczne służby działające na terenie RP, a potem PRL (Armia Czerwona, NKWD, UB, SB, ogólnie cały aparat represyjny kontrolowany przez Związek Radziecki), jak można było pozostawić taki pomnik?

Takich i podobnych przykładów można mnożyć. Wiele z nich nie budzi już kontrowersji, a mieszkańcy miast z pewnością przyzwyczaili się do widoku pomników czy nazw ulic działaczy zasłużonych dla PRL-u. Godząc się na nie, wykazujemy się także pewną postawą – obojętnością względem naszej przeszłości. Świadomość krzywd, jakie spadły na Polaków z rąk Niemców i Rosjan, nie powinna zostać wyparta. Przeszłość kształtuje przyszłość, nie znając jej, tracimy część narodowego dziedzictwa.

Kategorie: Historia, Polityka | Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com. The Adventure Journal Theme. Autor motywu: Contexture International.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.