„Endymion”

„Endymion” Dana Simmonsa to kontynuacja powieści „Hyperion” i „Upadek Hyperiona”. Akcja toczy się niecałe 300 lat po Upadku, czyli odcięciu się Hegemonii Człowieka od wpływów TechnoCentrum. Wielka katastrofa, a dla niektórych zbawienie, przyniosła śmierć miliardom istnień i przyczyniła się do wielu lat wyniszczającej wojny. Z chaosu wyłonił się Kościół Katolicki i organizacja Pax, by na gruzach starej cywilizacji wybudować zupełnie nową i zdominować dziesiątki światów. 

Enea – postać, wokół której kręci się oś fabuły, jej opiekun, czyli tytułowy Endymion oraz android Bettik wyruszają z dobrze znanego nam Hyperiona w ekscytujący kosmiczny exodus i tym samym rozpoczynają swoją wielką przygodę. Podróżują, chciałoby się rzec, „zabytkowym”, prywatnym statkiem międzyplanetarnym, pamiętającym jeszcze czasy świetności Hegemonii i przewodniczącej Gladstone, a podczas tej galaktycznej wędrówki napotykają wiele przeszkód.

Główną przeszkodą dla naszych bohaterów jest wszechwładny Kościół traktujący małą Eneę jako ogromne zagrożenie mogące zniszczyć jego potęgę. W pościg za nimi rusza więc ojciec kapitan De Soya – dowodzący niszczycielem, cieszący się uznaniem przełożonych jezuita, o wzorowej służbie, któremu został powierzony jeden z trzech super nowoczesnych statków typu „archanioł”.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Dan Simmons kolejny raz popisał się wielkim talentem pisarskim. Obrazy przez niego kreowane są barwne i płynne. Z wielką lekkością pióra przechodzi z klimatycznych opisów świata przyszłości w dynamiczną relację zmagań bohaterów z przeciwnościami losu. Fabuła, choć zbudowana na prostym schemacie, wcale nie okazuje się banalna i obfituje w wiele ciekawych elementów. Dynamikę zdarzeń zwiększają natomiast częste zmiany akcji i interesujące rozwiązania kłopotów, w jakie wpadają bohaterowie.

Postacie, tak charakterystyczne dla autora, posiadają „to coś”, swój unikalny styl i na pewno nie można ich zaliczyć do płytkich. Simmons kreśli również wyśmienite sylwetki bohaterów drugoplanowych. Jezuita wcale nie jest kreowany na żądnego krwi demona ścigającego niewinną dziewczynkę. Już od pierwszych stron poczułem do tej postaci sympatię – w jego sercu płonie ogień żywej i świętej wiary, jest posłuszny Kościołowi, ale jednocześnie potrafi postawić na swoim.

Kreacje takie jak chociażby sierżant Georgius również dodają powieści wiele smaczku.

Narratorem bezpośrednim w powieści jest Raul Endymion. Co ciekawe, opowiada on tę niesamowitą historię z dwóch perspektyw – przeplata opisy związane z ojcem kapitanem De Soyą i Eneą. Te dwie opowieści we wspaniały sposób uzupełniają się i pozwalają spojrzeć na wydarzenia zawarte w książce z dwóch punktów widzenia.

Oczywiście i w tej części nie zabrakło znanych z poprzednich książek elementów – w usta Enei włożył autor rozważania o naturze miłości, subtelnie wprowadzając fragmenty twórczości Poety Poetów – Johna Keatsa. Znalazło się także miejsce dla Chyżwara, a jego rola bynajmniej nie należała do banalnych. Wielokrotne wspominanie „Pieśni” Martina Silenusa i przygód Pielgrzymów powodowało, że sentymentalna łezka kręciła mi się w oku.

Poznajemy też zakończenie kilku wątków, które zaczęły się w poprzednich tomach – np. dowiadujemy się czym dokładnie jest Krzyżokształt. Dla wielu zawodem może być fakt, że o samych Pielgrzymach jest stosunkowo niewiele, bo stanowią oni jedynie na wpół legendarną historię, w którą nikt nie wierzy – albo jedynie nieliczni. Na przekór zaliczę ten motyw do plusów, bo dzięki mitologizacji Pielgrzymów opowieść Raula nabiera kolejnych barw.

Podobnie jak poprzednie części, również „Endymion” wydany jest znakomicie. Wielkie tomiszcze, z twardą oprawą i klimatycznymi ilustracjami utrzymanymi w takiej samej stylistyce jak w przypadku obu „Hyperionów” potęgowały przyjemność płynącą z czytania kolejnego dzieła Dana Simmonsa.

Teraz z niecierpliwością będę czekał na „Triumf Endymiona”. Wydawnictwo Mag trafiło w samo sedno wydając akurat ten cykl. Polecam wszystkim fanom si-fi i nie tylko. Powieść czyta się z zapartym tchem przerzucając kolejne kartki, aby czym szybciej dowiedzieć się, jak zakończył się następny epizod. Z czystym sumieniem stwierdzam: naprawdę warto!

Tekst pierwotnie został zamieszczony na serwisie Paradoks.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s