„Triumf Endymiona” triumfem Simmonsa

Świat szykuje się do wojny. Kościół katolicki produkuje na masową skalę najnowsze okręty bojowe typu „archanioł”. Stowarzyszenie kupców zrzeszonych w ramach Mercantilusa, działające pod patronatem Kościoła, coraz częściej próbuje pociągać za sznurki na własną rękę, hojnie szafując przy tym pieniędzmi i obietnicami. Oczyszczony z zarzutów i przywrócony do czynnej służby Ojciec kapitan de Soya płacze podczas orędzia nowego papieża, gdy miliardy wiernych cieszą się z nadchodzącej krucjaty przeciwko Intruzom. Enea wraz z Raulem wyruszają ze Starej Ziemi, aby ponownie stanąć oko w oko z niszczycielskimi siłami cywilizowanego świata. Ich konflikt z wysłannikami SI, Paksu i Kościoła katolickiego jest nieunikniony.

Zawiązanie akcji w „Triumfie Endymiona” Dana Simmonsa jest znacznie dłuższe, aczkolwiek już tyle powinno wystarczyć, aby wprowadzić czytelnika w nastrój drugiej i jednocześnie ostatniej części cyklu o przygodach Endymiona i wybranki jego serca – Enei.

Po okresie ciszy i spokoju zazwyczaj następuje burza. Tak też było w przypadku bohaterów „Triumfu…”. Szczęśliwe zakończenie poprzedniego dzieła zwiastowało huragan, jaki miał się rozpętać nad głowami pierwszoplanowych postaci. Poza tym „Triumf…” jest ostatnią częścią serii, więc moje oczekiwania dotyczące tej lektury były ogromne. Spodziewałem się poznać rozwiązania wielu nurtujących mnie pytań, chciałem zobaczyć jak potoczą się losy głównych bohaterów, jak będzie wyglądał świat po naukach Enei, liczyłem w końcu na świetną lekturę, którą bez wahania mógłbym polecić innym miłośnikom fantastyki.

Tym razem również się nie zawiodłem! Simmons przygotował dla czytelnika wszystko, czego można by żądać od naprawdę dobrej literatury science-fiction. W powieści na uwagę zasługują bohaterowie, zarówno ci znani z poprzednich części, jak i nowo wykreowani. Postacie, do czego przyzwyczaił nasz autor, są bardzo oryginalne i charakterystyczne. To osoby z własną historią, zachowaniami i przyzwyczajeniami, które dorastają i rozwijają się z każdym dniem. Zmiany jakie obserwujemy śledząc ich losy, stanowią bardzo ciekawe elementy składowe powieści. Bez nich „Triumf…” straciłby wiele. Do tego z każdą kolejną częścią poznajemy następne, dzięki czemu nie można się oprzeć wrażeniu, że rzeczywistość przedstawiona przez Simmonsa żyje własnym życiem, egzystuje obok bohaterów, rozwija się i obfituje w ogromną różnorodność nie tylko planet, ale i ludzi. Nie można także zapomnieć o fabule – skomplikowanej, bardzo rozbudowanej, z wieloma wątkami pobocznymi, a przez to jeszcze bardziej interesującej. Do tego dochodzi świetny warsztat literacki autora. Dziesiątki oryginalnych światów i bohaterów, jeszcze więcej poruszających i barwnych opisów oraz sporo akcji stanowią o wielkości Simmonsa, jak i jego dzieła.

Podobnie jak w „Endymionie” w rolę narratora wciela się Raul. W jego opowieści po raz kolejny występuje mocno zaakcentowany motyw wędrówki. Tym razem Enea oraz tytułowy bohater najpierw muszą się rozstać i podążyć własnymi ścieżkami, by potem móc się połączyć. Historia jaką poznajemy z kart lektury jest retrospekcją przeprowadzoną przez Endymiona, choć sama narracja jest trzecioosobowa. Znaczna część opowieści dotyczy jego przygód i przeżyć. Jednakże Simmons nie zapomniał o pozostałych fascynujących bohaterach, dlatego między „endymionocentryzmem” występują fragmenty poświęcone innym postaciom, tj. ojcu kapitanowi de Soya, papieżowi i najwyższym władzom Kościoła oraz oczywiście Enei. Budowa utworu wielokrotnie zbliżona jest strukturą do powieści dygresyjnej, w której narrator/bohater podczas swoich przemyśleń i oracji nieświadomie nawiązuje do spraw niezwiązanych bezpośrednio z głównym wątkiem. Ten zabieg czyni Endymiona, jako postaci, bardziej autentycznym, gdyż „zamknięty w pudełku”, jak sam siebie określa, walczy z szaleństwem, które stopniowo go ogarnia i powoduje jego wielkie roztargnienie.

Książka została podzielona na dwie części. Zresztą nie ma co się dziwić, gdyż całe wydawnictwo liczy blisko 1000 stron. Rozbicie historii snutej przez Endymiona było spowodowane faktem, iż obie części mogłyby stać się odrębnymi tytułami. Dlaczego? Pierwsza stanowi długie i bardzo ciekawe wprowadzenie, swoiste przygotowanie do tego, co jest w książce najważniejsze. Wartka akcja, ciekawa fabuła oraz kolejne światy, które poznaje Endymion, są interesujące i czyta się o nich z zapartym tchem, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Simmons nie miał już pomysłu. Czy faktycznie Endymion musiał wędrować po tych planetach, żeby dotrzeć do Enei? Motyw pielgrzyma, którym znowu stał się tytułowy bohater, w wielu miejscach mógł zostać znacznie skrócony, albo nawet pominięty, a powieść wcale by na tym nie straciła.

Druga część ma zupełnie inny charakter. Dominują w niej rozmyślania filozoficzno-religijne bohaterów. Przede wszystkim Enei, ale także innych, np. współczesnego dalajlamy czy wielkiego inkwizytora KK. Oprócz tego nie brak akcji i idyllicznych opisów, czy wreszcie miłości, bez której żadne współczesne dzieło nie może się obejść. Pomiędzy tym wszystkim zawarte są informacje dotyczące wielu wątków i spraw otwartych w poprzednich tomach. W „Triumfie…” w końcu poznajemy „prawdę”. Czytelnik dowiaduje się czym jest Pustka Która Łączy, jaką rolę pełniła Sztuczna Inteligencja w czasach Hegemonii, a także na co ma ona wpływ w cywilizacji zbudowanej przez Kościół katolicki. Zostaje odkryta tajemnica transmiterów i podróży dzięki wykorzystaniu napędu Hawkinga. Przedstawiona jest także rola Enei, jej pochodzenie i zadanie oraz powód, dlaczego SI są tak zdeterminowane i chcą zabić Tę Która Naucza. Czytelnikowi przyjdzie tez zgłębić naturę „lwów, tygrysów i niedźwiedzi”. Ale prawdziwą ucztą jest poznanie bliżej Intruzów, ich sposobu bycia, światów w których mieszkają oraz przyczyny nienawiści do „cywilizowanej ludzkości” i odmienności od niej.

„Triumf…” świetnie podsumowuje pozostałe części. Jest niesamowicie interesującym zakończeniem całego cyklu, bez którego zrozumienie procesów zachodzących w świecie wykreowanym przez Simmonsa i motywacji bohaterów powieści nie byłoby do końca możliwe. Dodatkowo oryginalne, urzekające opisy, które na jednej stronie mogą spowodować wszechogarniający smutek, a na drugiej radość i uśmiech, czynią z tej książki prawdziwy literacki majstersztyk.

Czy warto posiadać „Triumf Endymiona”? Zdecydowane i jednoznaczne – tak. Polecam zakupić całą serię („Hyperion”, „Upadek Hyperiona”, „Endymion”, „Triumf Endymiona”). Wydawnictwo Mag zasługuje na bardzo dobrą ocenę, zarówno za pomysł odświeżenia cyklu (pierwsze wydanie serii to lata 1989-1990 oraz 1995-1997), a także za profesjonalne i monumentalne wydanie, na dodatek eleganckie i porządne. Dan Simmons nie bez kozery otrzymał już niejedną nagrodę literacką za swoje utwory. Co więcej jego dzieła stają się inspiracją dla twórców filmowych – przypomnę, że „Hyperiona” wyreżyseruje Scott Derrickson, odpowiedzialny za „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”, natomiast scenariusz napisze Trevor Sands. Miejmy nadzieję, że film okaże się choć w połowie tak dobry, jak książka. Wtedy będzie to prawdziwa uczta dla miłośników i Simmonsa, i dobrego science-fiction na srebrnym ekranie.

Tekst pierwotnie został zamieszczony na serwisie Paradoks.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s