Ostatni Władca Wiatru – recenzja

W sobotę wieczorem byliśmy z Beatą w Cinema City na Ostatnim Władcy Wiatru 3D. Na ten film czekałem z niecierpliwością, przede wszystkim  dlatego, że serialowy pierwowzór zajmuje w mojej hierarchii wysoką pozycję. Wersja animowana składa się z 3 sezonów (20, 20 i 21 odcinków po ok. 20 minut każdy), wypełniona jest akcją, humorem, świetnymi dialogami, a przedstawiona historia jest barwna i wciągająca. Jaki natomiast okazał się Ostatni Władca Wiatru w wersji aktorskiej?

Okazał się dobry. Tylko dobry.

Przed reżyserem stanęło trudne zadanie – jak z ogromu motywów, epizodów i postaci wybrać te najciekawsze, a jednocześnie przedstawić logiczną i koherentną historię. Jak wywiązał się z tego zadania M. Night Shyamalan?

Po seansie czegoś mi brakowało, ale to dlatego, że historię Avatara znałem na wskroś. Film trwał 102 minuty i po wyjściu z sali odniosłem wrażenie, że to zdecydowanie za mało, aby przedstawić tak wciągającą i wielowątkową fabułę. Twórca Osady adaptował, jak na razie, tylko pierwszy sezon serialu – jeśli Ostatni Władca Wiatru osiągnie finansowy sukces, to na pewno powstaną kolejne części, czyli de facto zostaną adaptowane sezony 2 i 3.

Dwa słowa o fabule

Już na początku seansu widz zostaje wrzucony na głęboką wodę. Młode rodzeństwo odnalazło uwięzionego w wielkiej lodowej kuli tajemniczego chłopca, a następnie, nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa, zabrali go do rodzinnej wioski. Spokój jej mieszkańców został zmącony przez przedstawicieli Narodu Ognia. Książę Zuko, syn króla Ognia, najpierw zastraszył mieszkańców osady Południowego Plemienia Wody, później zabrał chłopca z nietypowymi tatuażami – Aanga. Katara i Sokka czując odpowiedzialność za nowo poznanego towarzysza, ruszyli w pogoń za nim. Tak rozpoczęła się ich wielka przygoda…

Efekty specjalne i inne smaczki

Największą zaletą filmu są kostiumy, stroje, uzbrojenie i architektura, które zostały bardzo pieczołowicie odwzorowane; ogólniej – świat przedstawiony. Kultura materialna w uniwersum czterech żywiołów jest bardzo bogata i zróżnicowana, co świetnie zostało ukazane w filmie – Północne Plemię Wody diametralnie różni się swoimi tradycjami od Południowego Plemienia Wody, a Nacja Ognia, pod względem cywilizacyjnym, w porównaniu do innych plemion, pochodzi niemal z innej planety. Takich i podobnych smaczków jest więcej i aby je odkryć, nie trzeba wcale znać pierwowzoru.

W tym miejscu recenzji warto wspomnieć o technologii, w jakiej została nakręcona najnowsza produkcja Paramount Pictures. Ostatni Władca Wiatru jest reklamowany jako film 3D – nie miałbym żadnych zastrzeżeń do efektów specjalnych, gdyby to był „zwykły” film. Trójwymiarowości wcale nie odczułem. Incepcja, która powstała w sposób tradycyjny, bije na głowę efektownością OWW. Przygody Avatara dawały ogromną szanse na zrobienie rewelacyjnego kina akcji, z wyśmienitymi efektami. W tym aspekcie było jednak zdecydowanie gorzej, niż się spodziewałem. A szkoda.

Zdecydowanie lepiej wypadają efekty dźwiękowe. Ścieżka muzyczna do filmu pasuje świetnie, dzięki czemu widz otrzymuje pełną emocji syntezę obrazu z muzyką. Autorem soundtracku jest James Newton Howard. Trochę gorzej prezentuje się polski dubbing – wolałbym wersję z napisami.

Barwny i różnorodny świat został ukazany tylko przy okazji, mimochodem, jednak uważny odbiorca mógł wychwycić wiele smaczków z nim związanych. Shyamalan skupił się przede wszystkim na zaprezentowaniu historii Avatara, młodego chłopca  mającego predyspozycje do władania mocą czterech żywiołów – Powietrza, Wody, Ziemi i Ognia.

Aang, Zuko, Iroh, Sokka, Katara

Aang nie miał dzieciństwa, nie zdążył nacieszyć się beztroską młodzieńczych lat, zamiast tego otrzymał brzemię, które stało się nie do udźwignięcia. W filmie możemy zobaczyć, jak w ciągu półtorej godziny Ostatni Władca Wiatru dorasta, zmienia swoje nastawienie do świata, rozwija się intelektualnie, emocjonalnie, a także nieustannie trenuje, aby stać się mocniejszym. Co jest jego celem? Oczywiście, uratowanie świata.

Przemiana głównego bohatera była widoczna, jednak nie tylko on powinien wzbudzić zainteresowanie widza. Myślę w tym momencie o księciu Zuko – wygnanym synu cesarza. Jego historii nie będę przytaczał, lecz tylko zaznaczę, że postać, w którą wcielił się Dev Patel, jest jedną z najbardziej złożonych postaci w całym serialu – w filmie aż tak tego nie widać. Wygnanemu dziedzicowi Narodu Ognia towarzyszy stryj – Iroh, legendarny generał. Sympatyczny staruszek z lekką nadwagą został u Shyamalana spłycony, a zamiast tego otrzymaliśmy kreację wątpliwą, bez charakterystycznego podejścia do świata. Shaun Toub, moim zdaniem, nie poradził sobie z odgrywaniem generała Iroh, przez co ten stracił swoje barwy. Mam nadzieje, że w kolejnych częściach, jeśli te powstaną, duet Zuko i Iroh rozwinął się i reżyser poświęci im więcej czasu, niż w OWW.

Filmowy Sokka różnił się znacznie od pierwowzoru i wcale nie było widać, że to życiowy niedorajda, niemal dziecko, żyjące w swoim „wyimaginowanym” świecie – a szkoda, bo dzięki temu serial zyskiwał ogromną dawkę humoru. Natomiast jego siostra w serialu była twarda, wiedziała czego chce i do tego konsekwentnie dążyła, natomiast w filmie okazała się „zwykłą” dziewczyna – szkoda, bo obraz wiele zyskałby ukazując ogromną różnicę charakterów głównych postaci. Konkludując: 102 minuty to za mało, aby pokazać złożoność tych postaci.

Film vs serial

O czym jest film, a o czym serial? Na pozór obie produkcje opowiadają tę samą historię – z tą różnicą, że jedna jest skrócone w stosunku do drugiej. W rzeczywistości film Shyamalana luźno odnosi się do serialu animowanego – wspólne są jedynie postacie, uniwersum i trzon historii. Czy to minus, musicie ocenić sami, ja uważam, że tak.

Serial był rewelacyjny. Oczywiście serial dawał większe pole do popisu, przede wszystkim różnicę widać w ilości czasu poświęconego na historię poszczególnych postaci czy przeznaczonego na rozwijanie wątków fabularnych. Poza tym, produkcja firmy Nickelodeon była wypełniona humorem, natomiast w filmie komiczne sceny można policzyć na palcach jednej ręki; wersja animowana była swoistym kotłem, w którym gotowały się najróżniejsze konwencje – zdarzały się odcinki stylizowane na horror, kryminał, bohaterowie uczestniczyli w epickich bitwach, ale także musieli  rozwiązywać ciężkie dylematy moralne, a to wszystko było okraszone subtelnym humorem. Poza tym wszystkim, poruszane były najróżniejsze tematy związane z ludzką egzystencją – postacie rozmawiały o miłości, swoich przeżyciach, doznaniach, pragnieniach i planach, wątpliwościach i lękach. Co więcej – przeżywały to, a ja wraz z nimi. W filmie tego zabrakło, okazał się zbyt płytki i całkowicie pozbawiony głębi. Może byłem zbyt wymagający, może miałem inną wizję przeniesienia przygód Avatara i jego przyjaciół na ekran. Może.

Ostatniego Władcę Wiatru na pewno polecę. Chociażby dlatego, że mam do tego tytułu ogromny sentyment. Obejrzyjcie, choć nie jest to rewelacyjny film, na pewno nie będziecie się przy nim nudzić.

Na koniec zachęcam także do zapoznania się z pierwowzorem. Na pewno się nie zawiedziecie. Serial jest dostępny w sieci, można go obejrzeć chociażby na tej stronie albo ściągnąć z torrentów.

A poniżej trailer Ostatniego Władcy Wiatru.

2 thoughts on “Ostatni Władca Wiatru – recenzja

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s