Z wiarą na bagnety – recenzja „Bitwy Warszawskiej 1920”

Na Bitwę Warszawską 1920 szedłem z otwartym umysłem, choć spodziewałem się sienkiewiczowskiego klimatu, takiego hollywoodzkiego patosu w biało-czerwonych barwach. Po seansie stwierdziłem, że owszem, taki patos występował, ale w odpowiednich proporcjach. Bez względu na oczekiwania i ocenę, twórcom filmu nie można odmówić poważnego podejścia do tematu. Do produkcji Bitwy Warszawskiej 1920 zostały użyte najnowsze technologie i zostali zaangażowani wybitni fachowcy, między innymi Jerzy Hoffman, Sławomir Idziak czy Krzesimir Dębski. Stworzyli oni dramat wojenny, którego tłem była jedna z najważniejszych bitew świata.

Najnowszy obraz J. Hoffmana można interpretować na kilku płaszczyznach. W warstwie dosłownej, najbardziej płytkiej, film opowiada o miłości żołnierza Wojska Polskiego – Jana Krynickiego (Borys Szyc) i artystki estradowej Aleksandry Raniewskiej (Natasza Urbańska). W związku z ogłoszeniem mobilizacji Jan wyrusza na front. Ola zostaje w stolicy. Jak potoczą się ich losy w związku z panującą wokół komunistyczną zawieruchą?

Patrząc na płaszczyznę bardziej metaforyczną, można powiedzieć, że film opowiada o:

1. Patriotyzmie, silnej miłości do Ojczyzny, poświęceniu. W Bitwie Warszawskiej widz zobaczy gros ludzi, chcących zaciągnąć się do armii. Wśród nich także dzieci, młodzież, mieszkańców miast i miasteczek, chłopów z kosami i robotników idących prosto z fabryk. Hoffman ukazał poparcie społeczne, jakim cieszyła się inicjatywa Piłsudskiego (atak na Kijów), a także poparcie dla wojny obronnej przed bolszewikami.

2. Wierze. Motywy związane z wiarą katolicką są bardzo silne, oddają zresztą religijność Polaków tamtego okresu. Kościół był podporą polskości podczas zaborów, po uzyskaniu niepodległości nadal był filarem i jednocześnie spoiwem niezależnego państwa. W filmie widać to było po ilości wiernych na mszach, modlitwach bohaterów czy obecności i ilości krzyży w miejscach publicznych.

3. Idei. Z jednej strony Wisły znaleźli się Polacy, którzy dopiero co wybili się na niepodległość, chcący uformować samodzielne państwo, wolne od ingerencji obcych mocarstw, a przede wszystkim wolne od zaborczego sąsiada – Rosji. Po drugiej stronie stanęły elity władzy Radzieckiej Rosji, na czele z Leninem, Stalinem, Trockim czy Tuchaczewskim, wśród których dominował pogląd, że tylko Warszawa stała na drodze światowej rewolucji. Dlatego niepokonana Armia Czerwona wyruszyła na zachód, aby wyzwolić lud pracujący miast i wsi od burżuazyjnego rządu polskiego.

Z jednej strony pokazana została Warszawa, z elegancko ubranymi mieszkańcami, tętniąca życiem kulturalnym, w której czekolada leży na ulicach, a w sklepach towarów nie brakuje. Z drugiej zaś widz zobaczył zbieraninę przypadkowo wcielonych do armii mężczyzn, bez jednolitych mundurów, brudną i obdartą, nazwaną przez komunistów Armią Czerwoną. Polacy bronili swoich domów, rodzin i kraju, bolszewicy chcieli wywołać proletariacką rewolucję w Rzeczpospolitej, a potem także w Niemczech, Anglii, Włoszech i na całym Starym Kontynencie. W filmie ukazana jest różna motywacja walczących, jednak reżyser powstrzymał się od oceny, która strona ma rację. Wspólnym mianownikiem dla obu grup była śmierć, gdyż ginęli równie szybko i łatwo zarówno Polacy, jak i Rosjanie.

Film Hoffmana reklamowany jest jako pierwsza polska produkcja zrealizowana w technologii 3D. To niewątpliwie powód do radości – najnowsza technologia wkroczyła i do naszej rodzimej kinematografii. Ze względu na technologię 3D, reżyser kładł nacisk na inne walory filmowe, niż w przypadku tradycyjnej technologii rejestracji obrazu. Fakt ten odcisnął swoje piętno także na wątku głównym, dotyczącym Janka i Oli, który nie można zaliczyć do nazbyt rozbudowanych. Ich historia jest bardzo krótka, a sam pomysł wręcz oczywisty. Ale proszę zwrócić uwagę, że pierwszy film w 3D, charakteryzował się dokładnie tym samym. Fabuła w Avatarze Camerona była banalna i przewidywalna w każdym momencie. Podobnie jak w dziele Josepha Kosinskiego Tron: Dziedzictwo. We wszystkich produkcjach trójwymiarowych ważniejsze są doznania artystyczne, obrazy i oczywiście efekty specjalne, fabuła schodzi na dalszy plan. Dlatego uważam, że scenarzyści i reżyserzy jeszcze nie do końca nauczyli się łączyć rozbudowaną, wielowątkową akcję z technologią 3D.

Bitwa Warszawska jest zachwycająca pod względem estetycznym. Niektóre kadry nadawałyby się na oddzielne dzieła sztuki, przypominały mi obrazy Ludwika Gędłeka, Maksymiliana Gierymskiego, Wojciecha Kossaka czy Piotra Michałowskiego. Podobnie z kostiumami, które wiernie odtwarzały stroje funkcjonujące na początku lat 20. ubiegłego wieku. Nawet liczne sceny krwawe, trupy i brud miały swój estetyczny klimat. Nie był to turpizm, ale jednocześnie sceny te nie były przerysowane, zbyt „ładne”. Wszystko to doprawione muzyką Krzesimira Dębskiego sprawiło, że film jest ucztą dla oczu i uszu.

Jak najbardziej pozytywne wrażenia pozostawili po sobie także aktorzy. W filmie wystąpiło wiele sław: D. Olbryski, B. Szyc, N. Urbańska, B. Linda, M. Żebrowski, A. Ferency, W. Zborowski, K. Globisz, a także A. Domagarow. Oczy i serca widzów skupiały się przede wszystkim na Urbańskiej i Szycu, którzy swoje role odegrali na bardzo przyzwoitym poziomie. Za sprawą Nataszy czułem klimat warszawskich teatrów, a fragmenty muzyczne, w których mogła się popisać swoim talentem wokalnym i tanecznym, słuchałem i oglądałem z wielką uwagą. Świetnie swoją postać odegrał Adam Ferency, grający czekistę – komisarza Bykowskiego. Równie dobrze z rolą poradził sobie Olbrychski, wcielającego się o mniej więcej 15 lat młodszego, w owym czasie, Józefa Piłsudskiego. Bardzo klimatycznymi postaciami byli Samuel (Wojciech Solarz) i Anatol (Piotr Głowacki), wprowadzili oni kilka motywów humorystycznych i nadali trochę groteskowy kształt zmaganiom między kryptologami polskimi a radzieckimi.

Oprócz wielkich sław polskiego kina, Hoffman zatrudnił także 3,5 tys. statystów. W Bitwie Warszawskiej w wielu scenach występowało dziesiątki, a czasami tez setki osób. Liczne sceny batalistyczne, szarże ułańskie i pochody Armii Czerwonej pokazywały skalę konfliktu polsko-bolszewickiego, a także ilość osób pracujących nad filmem. Bitwa warszawska została przedstawiona raczej słabo – widzieliśmy jedynie mały wycinek tego kilkudniowego starcia. Wojenny potencjał, jaki tkwił w wybranej konwencji i stylistyce, nie do końca został wykorzystany, moim zdaniem sama wojna ukazana była zbyt skromnie. Hoffman skupił się mniejszych oddziałach, na małych odcinkach frontu, bardzo dbał o szczegóły, zarówno w kwestiach ubiorów, jak i wyglądu okopów czy pola po bitwie.

Najnowsza produkcja Hoffmana to dramat wojenny, nie film historyczny, nie film dokumentalny dotyczący wojny polsko-bolszewickiej. Oczywiście historia jest immanentną częścią obrazu, jednak traktowana jest tylko pretekstowo, jako tło. Dlatego pseudohistoryczne dyskusje o tym, czy pułk. Wieniawa-Długoszewski miał większe znaczenie niż gen. Rozwadowski, albo to czy i w jaki sposób została ukazana opozycja wobec Marszałka Piłsudskiego, nie mają w ogóle znaczenia. Wg mnie nie słuszne są też rozprawy nad tym, czy Piłsudski został ukazany „dobrze”. Film nie był o Piłsudskim, nie był także o Włodzimierzu Leninie (Viktor Balabanov), więc kreacja tych bohaterów była zależna przede wszystkim od reżysera i aktorów grających te role, a nie od profesorów historii. Elementy historyczne nie powinny przysłaniać samego filmu. Nie można zapomnieć o tym, że ta produkcja jest jedynie wizją artystyczną, której fundamentalnym celem nie jest przekazanie informacji o bitwie warszawskiej z 1920 r., a wzruszenie widzów i przyciągnięcie ich do kin. Tę rolę Bitwa Warszawska 1920 3D spełnia świetnie.

Moja ocena: 5+/6.

PS Na stronie Onet.pl znajduje się wiele ciekawych materiałów filmowych związanych z Bitwą Warszawską 1920, między innymi piosenki śpiewane przez Urbańską, reportaże z planu i wywiady. Link przekierowuje do piosenki Thaiti, aby zobaczyć kolejne, należy kliknąć na „Podobne”.

4 thoughts on “Z wiarą na bagnety – recenzja „Bitwy Warszawskiej 1920”

  1. Wreszcie pozytywna recenzja. To ogólne narzekanie na film, zwłaszcza grę aktorską i patos sprawiło, że zacząłem się zastanawiać czy iść do kina. Odnoszę wrażenie, że u nas co drugi to krytyk i doskonały znawca kina. Ciekawy element wskazało jednak Uważam Rze, gdzie stwierdzono, że film mógłby być bardziej tryumfalny. Owszem mamy wojnę ale zabrakło radości ze zwycięstwa.
    A ta Urbańska taka straszna jak ją malują? :)

    • sienio pisze:

      Bo bitwie faktycznie nie było żadnej wielkiej fety – to moim zdaniem wynikało z całości opowieści, gdyż starcie zawsze było tłem do ukazania czegoś innego. Idąc tym tokiem, końcówka nie mogła być inna. A jeśli chodzi o patos, to wcale nie było go wiele.
      Wg mnie Urbańska zagrała w porządku, na pewno nie zasłużyła na tak złe komentarze, jakie pojawiają się w mediach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s