Ulubione cytaty, cz. II: Tadeusz Konwicki

Zaraz, zaraz. Przecież miałem kiedyś dzieciństwo, młodość. Dzieciństwo i młodość na innej planecie. Co stało się z tamtą planetą tak podobną do Ziemi, po której stąpam, i tak zupełnie niepodobną? Gdybym się wysilił, tobym jednak przypomniał, jak czyniłem to nie wiadomo po co podczas tylu bezsennych nocy. Lampa naftowa, ognisko z marudnym, rozpełzającym się po łąkach dymem, wiatr gnające straszne chmury, po niebie jeszcze nikomu nie znanym. Strach nocny przed życiem, które czeka gdzieś za górami, lasami, powolne miasteczko, co będzie istnieć wiecznie do najbliższej wojny, pacierz dziadków, różaniec groźnych i pięknych zaklęć ułożonych z podniosłych niezrozumiałości, pociąg gwiżdżący o tych samych porach dnia, miłość do dziewczyny z jeszcze innej planety, bo wtedy dziewczyny pochodziły z innych, tajemniczych planet, zwierzęca, przerażająca tęsknota do kobiecego ciała, w którym mieszkał i szatan, i anioł białoskrzydły, tęsknota za przyszłym niezwykłym życiem, jakieś przejmujące nastroje w błądzeniu po lesie, jakieś niezapomniane zapachy maciejki i swobodnych dzikich ziół, jakieś burze, co zwiastowały każdego lata koniec świata, jakieś smutki, jakieś raptowne nadzieje i wesołości, jakieś przerażenie wobec magicznej jasnowłosej głowy księżyca z fałszywymi rysami dobrego demona. Gdzie ta moja planeta okryta szczelnie atmosferą drobnych przeczuć, małych radości, kruchych nadziei? Może leci jak gołąb wśród dalekich i obcych galaktyk.

Dlaczego się męczyłem tyle lat? Bo ja się męczyłem nie tylko mozołem życia, ale i jego radościami. Bo ja się męczyłem, patrząc na przejmująco piękny wschód słońca i kochając rozpaczliwie pożądaną kobietę. Męczyłem się odbierając z rąk losu ulotny sukces i modląc się z wdzięcznością do Boga. Męczyłem się nawet w snach, kiedy odrywałem się od ziemi i żeglowałem ku dalekim wyspom przyobiecanego raju. Ale ze mną męczyli się wszyscy inni ludzie, z wyjątkiem tych, co się nie męczyli. A w tym męczeniu się najbardziej dokuczliwa była męka świadomości, że to wszystko banalne, dawno już odkryte i przeżyte przez umarłe pokolenia, seryjne i powtarzalne, jak z genetycznej sztancy. Że wszechświat wypełnił się do samego końca jękami podobnymi do siebie jak dwie nuty, że utworzyły te poszczególne jęki jeden wielki jęk podobny do wizgu sejmikujących wróbli i stał się ten jęk szumem międzygwiezdnym, niesłyszalnym stękaniem starzejącego się kosmosu.

Mała Apokalipsa

Tadeusz Konwicki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s