Koniec „polskich” obozów koncentracyjnych?

W 73. rocznicę wybuchu II wojny światowej Instytut Pamięci Narodowej uruchomił stronę internetową poświęconą obozom koncentracyjnym, które zostały założone przez Niemców na terenie państwa polskiego. Witryna jest dostępna w dwóch językach – polskim i angielskim. Skierowana jest przede wszystkim do odbiorców zagranicznych, aby przekazać „prawdę historyczną” o obozach, które mylnie nazywane są „polskimi”.

Serdecznie zapraszam do zapoznania się ze stroną i materiałami zamieszczonymi na niej. Jest tam zawartych sporo informacji przedstawionych w bardzo przystępnej formie. Witryna IPN-u dostępna jest w tym miejscu:

http://www.truthaboutcamps.eu/

Piec z krematorium na Majdanku w Lublinie

Boska interwencja nad Lublinem!

2 czerwca 1719 r., czyli 293 lata temu, w Lublinie od uderzenia pioruna w słomiany dach wybuchł pożar – ogień szybko strawił nakrycie budynku, a następnie rozprzestrzenił się na całą dzielnicę żydowską, Stare Miasto i pozostałą część zabudowań miejskich. Lublin stanął w płomieniach i nie wierzono, że coś lub ktoś może uratować miasto. Jedynie dominikanie zachowali zimną krew i ufność Bogu.

Zakonnicy wynieśli z kościoła relikwie Drzewa Krzyża Świętego i wyruszyli z modlitwą na ustach w procesję ku miejscom ogarniętym przez niszczycielski żywioł. Żar modlitwy i wiary ostudził ogień – mimo słonecznej pogody nad Lublinem zaczęły się gromadzić burzowe chmury, a po chwili spadł deszcz, który ugasił pożar. Czy to był zbieg okoliczności? A może interwencja boska w odpowiedzi na modlitwy dominikanów i mieszkańców miasta? W XVIII wieku nikt nie miał wątpliwości, że miasto ocalało tylko dlatego, że miłosierny Bóg zesłał deszcz.

Aby upamiętnić boską interwencję nieznany dziś malarz stworzył piękne i wielkie dzieło – „Pożar Lublina w 1719 r.” Obecnie ten obraz znajduje się w kościele dominikanów na Starym Mieście. Warto wspomnieć, że od kilku lat w Lubelskiej Trasie Podziemnej można podziwiać makietę Lublina w dniu pożaru. Ruchome figury pokazują przebieg tamtych wydarzeń. Całość przedstawienia jest bardzo atrakcyjna, dlatego polecam zwiedzić trasę podziemną oraz obejrzeć samą makietę.

Poniżej prezentuję obraz „Pożar Lublina 1719 r.” oraz nagranie inscenizacji procesji upamiętniającej zbawienną w skutkach procesję dominikanów.

W walce o wolność – Ryszard Kukliński

26 lat temu, czyli 23 maja 1986 roku, komunistyczny Sąd Wojskowy w Polsce Ludowej skazał na karę śmierci płk. Ryszarda Kuklińskiego, oficera Ludowego Wojska Polskiego oskarżonego o współpracę z CIA. Kuklińskiemu udowodniono szpiegostwo i przekazywanie tajnych informacji Amerykanom.

W rocznicę tego wydarzenia chciałbym przypomnieć o Kuklińskim, jednym z bohaterów walki z systemem komunistycznym w Polsce. Dlatego zachęcam do obejrzenia wykładu przygotowanego przez Józefa Szaniawskiego, politologa, historyka, sowietologa, dziennikarza i jednocześnie pełnomocnika Kuklińskiego w walce o odzyskanie dobrego imienia po upadku socjalizmu.

Znamy datę premiery gry „W Zakładzie. Lubelski Lipiec ’80”!

Miło mi poinformować, że premiera pierwszej gry planszowej nawiązującej do historii Lublina odbędzie się już 19 kwietnia br., czyli dokładnie za 2 tygodnie! Od kilku dni na stronie wydawnictwa jest dostępna instrukcja, dlatego zachęcam do zapoznania się zarówno ze spisem zasad, jak i materiałami promocyjnymi gry. Już wkrótce podam więcej informacji dotyczących samej premiery.

Konferencja: Prawda – Fikcja – Kłamstwo

Serdecznie zapraszam na referat pt. Prawda historyczna w grach planszowych, który wygłoszę na konferencji naukowej przygotowanej przez Koło Naukowe Medioznawców Instytutu Filologii Polskiej UMCS. Sympozjum Ponowoczesność w środkach audiowizualnych. Prawda – Fikcja – Kłamstwo odbędzie się w dniach 8-9 marca w Sali Obrad Wydziału na Wydziale Humanistycznym.

Referat wygłoszę w czwartek 8 marca o godz. 9:55.

Zapraszam także na pozostałe prelekcje w ramach tej konferencji, zapowiadają się bardzo ciekawe dyskusje o współczesnych mediach i wartościach, które stanowią oś wszystkich referatów. Program spotkania znajduje się tutaj.

Nie tylko Piłsudski

Wiele osób zapomina o roli i znaczeniu Romana Dmowskiego, kojarząc go jedynie z nacjonalizmem. Nie jest to konotacja jedyna i najsłuszniejsza, znacznie ważniejsze jest łączenie go z ogólnopolską polityką, pisarstwem politycznym, a także z odbudową Niepodległości. Dlatego zachęcam do obejrzenia filmu dokumentalnego o Dmowskim, aby poznać więcej informacji o jednym z najważniejszych polskich polityków XX wieku.

Film Roman Dmowski – Współtwórca Niepodległości to materiał przygotowany przez TVP Historię.

O wędrowcach ze Wschodu

Święto Objawienia Pańskiego, w Polsce potocznie nazywane – świętem Trzech Króli, to bardzo ciekawy przykład, jak wielki wpływ na wiarę katolicką ma tradycja, która chociażby w przypadku tej uroczystości, okazuje się być mocniejsza niż samo Pismo Święte.

Epifania jest bardzo ważnym świętem dla katolików. 2 tys. lat temu nowo narodzony Bóg objawił się poganom i niewierzącym, aby ci mogli oddać mu hołd i w konsekwencji dostąpić łaski bożej. Jest to symboliczne przejście z religii zamkniętej, tylko dla narodu żydowskiego, do religii powszechnej. Dzięki temu zbawienie mogą uzyskać wszyscy, a nie tylko naród wybrany.

W średniowieczu ukształtowało się przeświadczenie, że niewierzący i innowiercy byli reprezentowani przez Trzech Króli przybywających ze Wschodu. Monarchowie mają symbolizować wszystkich ludzi na Ziemi. Dlatego w sztuce inspirującej się chrześcijaństwem te postacie prezentowane są na różne sposoby – często jeden z nich jest młody, drugi stary, a trzeci na przykład ma inny kolor skóry. Czarnoskóry król ze Wschodu wszedł do kanonu postaci biblijnych w europejskiej sztuce sakralnej w XIV stuleciu. Poprzez takie przedstawienie Królów oddających cześć Jezusowi, chciano ukazać uniwersalność zbawienia, a także jego zwierzchnictwo nad wszystkimi narodami.

Tego dnia w Kościele zwyczajowo święci się kadzidło, mirrę i kredę. Zwyczaj ten funkcjonuje od ok. XV stulecia w przypadku kadzidła (wtedy święcono także złoto), a w przypadku kredy od XVIII wieku – wtedy też rozpowszechnił się zwyczaj pisania na drzwiach domu „K+M+B XXXX” – pod iksy należy podstawić aktualny rok. Powszechnie wiadomo, że ten skrót oznacza Trzech Króli przybyłych ze Wschodu – Kacpra, Melchiora i Baltazara. Jednak nie jest to prawda. Od zarania chrześcijaństwa inskrypcja CMB oznaczała: Christus Mansionem Benedicat, czyli Niech Chrystus błogosławi temu domowi lub Christus Multorum Benefactor, czyli Chrystus dobroczyńcą wielu – tłumaczenie skrótu wg św. Augustyna.

Potoczna nazwa święta nie jest adekwatna do przekazów biblijnych. W Piśmie nie ma informacji o Królach, ale o Mędrcach lub Magach. Ponadto żaden ewangelista nie podaje liczby Mędrców, jedynie Mateusz pisze o ilości złożonych przez nich darów – złocie, mirrze, kadzidle (2,1-12).

Królewskie imiona – Kacper, Melchior i Baltazar, pochodzą z późnych i niepewnych źródeł, nie są istotne z teologicznego punktu widzenia, ale za to są bardzo ważne w kulturze i tradycji chrześcijańskiej.

Magiczne przesilenie zimowe

Na półkuli północnej dzisiejszy dzień jest najkrótszym dniem w roku. W Polsce Słońce góruje nad horyzontem niewiele ponad 7 godzin – zależnie od szerokości geograficznej obserwatora. Obecnie fakt ten ma znikome znaczenie, w istocie niewielu ludzi interesuje, kiedy jest najdłuższy albo najkrótszy dzień/noc w roku. Jednak dla antycznych cywilizacji tego typu zdarzenia astronomiczne – równonoce i przesilenia, miały ogromne znaczenie. Powszechnie kojarzono je z magią.

Przesilenie zimowe jest magiczne dla wielu kultur, w tym np. perskiej, rzymskiej, słowiańskiej czy chrześcijańskiej. Z tej okazji w starożytnym Rzymie organizowano kilkudniowe uroczystości na część boga Saturna, a na terenach zamieszkałych przez Słowian świętowano początek nowego roku kalendarzowego, wegetacyjnego i liturgicznego. Święto Godowe dla naszych praprzodków było jednym z najważniejszych świąt w całym roku.

Ta data jest jedną z najistotniejszych także dla kultury chrześcijańskiej – 25 dzień grudnia, kilka dni po przesileniu, narodził się przecież Jezus Chrystus. Dzień narodzin Syna Boga nie został ustalony (ważne: ustalony) przypadkowo. Gdy chrześcijaństwo stało się religią panującą w Imperium Rzymskim, musiało przeciwdziałać innym kultom. Jeden prawdziwy Bóg nie dopuszczał możliwość wiary w inne bóstwo, niż on sam, dlatego zaczęła się powolna degradacja tradycyjnych kultów. „Ofiarą” tych działań stał się bardzo popularny w Rzymie perski bóg Mitra – Bóg Słońca, Sol Invictus (Słońce Niezwyciężone), Kosmokratos (Władca Kosmosu), którego narodziny czczono 25 grudnia.

W IV wieku naszej ery prawdopodobnie Juliusz I zarządził, że dniem narodzin Chrystusa będzie 25 grudnia. Data ta została wybrana z kilku powodów:

  • jest to data magiczna (ze względu na przesilenie),
  • 25 świętowano urodziny Mitry, „konkurencyjnego” boga, często porównywanego do Jezusa,
  • w Rzymie obchodzono w tym czasie Saturnalia, kilkudniowe bardzo radosne święto na cześć Saturna,
  • na podstawie informacji zawartych w Biblii.

Chrześcijaństwo było powszechnie znane z faktu, że swoje święta organizowało w miejsce uroczystości pogańskich. Celem takich działań było przede wszystkim zneutralizowanie kultów pogańskich i ewolucyjne zastąpienie ich świętami chrześcijańskimi. Najlepszym przykładem tego typu działania jest właśnie dzień narodzin Chrystusa.

Magiczne liczby, daty czy wydarzenia astronomiczne to bardzo wdzięczny i interesujący temat. Dlatego jeszcze nie raz poruszę te zagadnienia na swoim blogu. A tym czasem:

Wszystkim moim czytelnikom życzę wesołych świąt narodzenia Jezusa Chrystusa i boga Mitry. Niech słowiański nowy rok przyniesie wam samych sukcesów, a Saturn ma was w swojej opiece!

Polityka historyczna w Polsce

Początkowo wpis chciałem okrasić tytułem „Polska polityka historyczna”, jednak doszedłem do wniosku, że takie sformułowanie jest zupełnie nieadekwatne do stanu faktycznego. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma jednej dominującej siły, która narzuca taką, a nie inną politykę historyczną. Oczywiście można wyróżnić główne nurty propagowane przez różne instytucje — wśród których na pewno jest władza ustawodawcza, a także władze samorządowe — jednak żadna z nich nie zdobyła, w sposób naturalny, a nie administracyjny, znaczącej przewagi nad innymi. Dlatego zamiast opisywać działania konkretnych organizacji, przedstawię kilka ogólnych spostrzeżeń związanych z tym tematem.

Realizacja polityki historycznej odbywa się na kilku płaszczyznach, jedną z nich jest szkoła. Dzieci i młodzież od początku swojej edukacji są karmione różnymi frazesami, a w dalszym procesie edukacji ugruntowują wyrobione wcześniej przekonania. Dość wyraźnym przykładem obecnej polityki historycznej jest promowanie Unii Europejskiej (od razu zaznaczę, że podawane przeze mnie spostrzeżenia nie mają charakteru wartościującego). Po 2004 roku w podręcznikach do wiedzy o społeczeństwie Unia Europejska stała się jednym z ważniejszych tematów. Stosunkowo mało informacji jest natomiast o Grupie Wyszehradzkiej, Trójkącie Weimarskim, Inicjatywie Środkowoeuropejskiej czy chociażby Radzie Państw Morza Bałtyckiego.

W ramach polityki historycznej ograniczana jest ilość godzin historii w szkole. Ze swoich lat szkolnych pamiętam, że na żadnym etapie edukacji nie udało nam się dojść do okresu po II wojnie światowej. Zazwyczaj kończyliśmy mniej więcej na dwudziestoleciu międzywojennym. Dlaczego ważniejsze było poznać formowanie się państwa Mieszka I, a nie formowanie się PKWN-u albo wolnej Polski po 1989? System edukacji kładzie nacisk na historię dalszą, niemającą niemal żadnego znaczenia na czasy obecne, zaś zapomina o dostarczeniu informacji aktualnych i mających realny wpływ na obecną sytuację geopolityczną. Niestety WOS nie nadrabia tych braków, gdyż koncentruje się na czymś zupełnie innym. Przeniesienie punktu ciężkości z nauczania dziejów Piastów i Jagiellonów na historię XX wieku przyniosłoby więcej praktycznych korzyści, niż nauka o początkach państwa polskiego. Pozbawianie wiedzy aktualnie przydatnej, przekładającej się również na świadomość historyczną młodych ludzi, podważa fundament wspólnoty narodowej.

Kolejną, chyba najważniejszą sferą oddziaływania na świadomość historyczną ludzi, są media. Nie od dziś funkcjonuje powiedzenie, że „media czwartą władzą”, a także że „media kłamią”. Większość osób potrafi powtórzyć te frazesy, jednak obawiam się, że jedynie część zastanowiła się nad nimi i w konsekwencji krytycznie przygląda się doniesieniom radia czy telewizji.

Przykładem niech będą tegoroczne: Marsz Niepodległości i kontrmanifestacja zorganizowana przez Porozumienie 11 listopada. We wszystkich stacjach telewizyjnych ukazano chuliganów i agresywnie zachowujących się demonstrantów. Niektóre stacje postawiły znak równości między kibolami a uczestnikami Marszu Niepodległości oraz między kontrmanifestantami a lewakami.

Oba te przekazy są niepełne, pokazujące jedynie wycinek wszystkich wydarzeń. 11 listopada w Warszawie zatrzymano tylko ponad 200 osób za demolowanie i rozróby, przy czym tę liczbę mniej więcej równo należy podzielić, ponieważ zatrzymano osoby z obu stron sporu. Na samym Marszu, w zależności od osób i instytucji wyliczających, było od 20 do ponad 90 tys. ludzi. [źródła: strona organizatorów, blog Romualda Szeremietiewa]. Uczestnicy przygotowali ogromne flagi, śpiewali patriotyczne pieśni, a wielu z nich przyszło całymi rodzinami, aby celebrować najważniejsze święto państwowe w RP. Tych obrazów nie pokazała żadna telewizja, informacje o tym można było czerpać przede wszystkim z portali społecznościowych i filmów z YouTube.

Nie mam natomiast informacji ile osób wzięło udział w wiecu i kontrmanifestacji, jednak jestem pewien, że zdecydowaną większość miała pokojowe zamiary i nie demolowała i nie biegała z pałkami teleskopowymi po ulicach Warszawy.

Odmienną kwestią jest fakt, że największe i opiniotwórcze media lansowały hasło jednej strony – Porozumienia 11 listopada. Ich głównym sloganem było tradycyjne wręcz: „Faszyzm nie przejdzie”. Jednak tylko nieliczni dziennikarze i publicyści stanęli w obronie organizatorów Marszu Niepodległości, wyjaśniając, że faszyzm nie jest adekwatnym pojęciem i nie należy łączyć go z Marszem. Dużo gorszą rzeczą, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, było bardzo neutralne podejście mediów do grup anarchistów z Niemiec. (W moich odczuciu anarchiści, z fundamentalnych powodów, stanowią duże większe niebezpieczeństwo, niż faszyści.) Przyzwalanie na tego typu demagogie i powielanie nieprawdziwych informacji jest bardzo niepokojące, może też prowadzić do wielu nieporozumień, a także jest sprzeczne z etyką dziennikarską.

Powyżej opisałem przykład, którym chciałbym dowieść, że pewne grupy społeczne, i to wcale nie małe, są spychane na margines, a ich potrzeby i pozytywne działania bagatelizowane (negatywne opinie i przyczepione łatki zaś hiperbolizowane). Dla mnie jest to jawny przykład polityki historycznej, polegający na chęci obrzydzenia pewnej idei. W tym przypadku idei narodowej z Romanem Dmowskim jako jej symbolem i próbowaniu totalnego stłamszenia jednej odmiany patriotyzmu przy jednoczesnym zachwalaniu „nowego patriotyzmu” i nowego „modelu Polaka”. Media powinny zachować neutralność, jednak dyskurs publiczny wypełniony jest skrajnościami i ciągle podsyca napiętą atmosferę.

Ostatnią płaszczyzną, do której nawiążę, są nazwy ulic, pomniki, popiersia, obeliski upamiętniające wydarzenia i tym podobne architektoniczne spuścizny po czasach słusznie minionych. Swój przykład oprę o naszą stolicę, w której zatrważająco dużo jest takich pozostałości. Fakt ten nazwę paradoksem dekomunizacji.

Ów paradoks polega na tym, że mimo przeprowadzenia dekomunizacji, czyli między innymi usunięcia z przestrzeni publicznej znaków komunistycznych, nazw ulic, czy odsunięcia od sprawowania wysokich urzędów państwowych ludzi związanych z władzą ludową, wiele symboli, nie wspominając o osobach, pozostało na swoich miejscach.

Pierwszym przykładem niech będzie pomnik gen. Zygmunta Berlinga przy ul. Wał Miedzeszyński na Saskiej Kępie w Warszawie. Berling jest bardzo kontrowersyjną postacią. Podczas I wojny światowej służył w Legionach, po wojnie w niepodległym Wojsku Polskim, w którym uzyskał rangę podpułkownika. Jeszcze w trakcie II WŚ Berling zaczął współpracować z Armią Czerwoną, dowodził nawet nieformalną grupą wysokich oficerów, którzy zdecydowali się oddać w dyspozycję Moskwy. W 1941 w tajemnicy dobrowolnie poprzysiągł wierność Związkowi Radzieckiemu, przeszedł szereg szkoleń, a następnie na polecenie Stalina dołączył do armii gen. Andersa, a tam zajmował się szpiegostwem na rzecz ZSRR. W skutek działań i postawy Berlinga w 1943 r., po jego dezercji i ucieczce do Związku Radzieckiego, sąd wojskowy skazał go na śmierć. Nie będę przytaczał dalszej historii Berlinga, to temat na oddzielny wpis.

Czy ideowy komunista, walczący u boku Armii Czerwonej, zasługuje w wolnej i niepodległej Polsce na pomnik?

Jedną z głównych ulic Warszawy jest Aleja Armii Ludowej. AL było wojskiem zorganizowanym przez polskich i sowieckich komunistów, którzy z założenia mieli bardziej pomóc Armii Czerwonej, niż Armii Krajowej. Dowódcą AL był gen. Michał Rola-Żymierski, między innymi Naczelny Dowódca Wojska Polskiego i minister obrony narodowej (1945–1949) i przewodniczący Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, Marszałek Polski, członek Prezydium Krajowej Rady Narodowej. Jak widać po wojnie zajmował on najwyższe stanowiska w nowej Polsce.

Armia Ludowa zajmowała się przede wszystkim sabotażem aprowizacji niemieckich, stoczyła też szereg bitew z Niemcami, jednak nie były to ani wielkie, ani znaczące starcia. Udział AL w powstaniu warszawskim był znikomy, przede wszystkim dlatego, że Moskwa zabroniła jej wziąć udział w tej insurekcji.

Na potwierdzenie faktu, że AL wcale nie sprzyjała Rzeczpospolitej, powrócę do 2007 roku, kiedy głośno było o nowelizacji prawa kombatanckiego. Tę nowelizację przygotowały Instytut Pamięci Narodowej oraz Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Na jej mocy żołnierze Armii Ludowej oraz Gwardii Ludowej mieli zostać wyjęci spod prawa kombatanckiego, ponieważ uznano, że działania obu organizacji były wymierzone w suwerenność, niepodległość i integralność Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak to się stało, że nazwa tak haniebnej formacji przetrwała proces dekomunizacji i pozostała nazwą dla jednej z głównych ulic w stolicy?

Najbardziej zniesmaczony jestem faktem, że w jednym z najładniejszych parków w stolicy, a dokładnie w Parku Skaryszewskim im. I. J. Paderewskiego, stoi Pomnik Żołnierzy Radzieckich, upamiętniający 26 sołdatów poległych we wrześniu 1944 r. Na wmurowanej w monument tablicy został umieszczony napis:

Wieczna chwała
bohaterom
Armii Czerwonej
poległym w walkach
o wyzwolenie
stolicy Polski
Warszawy

Udział Armii Czerwonej w wyzwalaniu Warszawy jest nikły – ZSRR nie popierało powstania warszawskiego. Konsekwencje „pomocy” Związku Radzieckiego okazały się katastrofalne dla Polski. Po wycofaniu się Niemców Rosjanie zajęli stolicę i rozpoczęli własną okupację, nie oddali jej w ręce Polaków. Warto też przypomnieć, że Związek Radziecki 17 września 1939 r. dokonał agresji na Polskę, która zaowocowała bardzo długą okupacją i wieloma represjami. Dodatkowo wiedząc, jaki cele i nakazy miały komunistyczne służby działające na terenie RP, a potem PRL (Armia Czerwona, NKWD, UB, SB, ogólnie cały aparat represyjny kontrolowany przez Związek Radziecki), jak można było pozostawić taki pomnik?

Takich i podobnych przykładów można mnożyć. Wiele z nich nie budzi już kontrowersji, a mieszkańcy miast z pewnością przyzwyczaili się do widoku pomników czy nazw ulic działaczy zasłużonych dla PRL-u. Godząc się na nie, wykazujemy się także pewną postawą – obojętnością względem naszej przeszłości. Świadomość krzywd, jakie spadły na Polaków z rąk Niemców i Rosjan, nie powinna zostać wyparta. Przeszłość kształtuje przyszłość, nie znając jej, tracimy część narodowego dziedzictwa.

Zdygitalizowany „Dziennik Lubelski” z 1932 r.

W dobie dygitalizacji i mediatyzacji różnych dziedzin nauki trudno śledzić na bieżąco działania uniwersytetów czy innych ośrodków badawczych zajmujących się wdrażaniem nowych technologii. Dlatego dziś chciałbym się z wami podzielić informacją o ważnym dla historyków projekcie, dzięki któremu będzie można uniknąć kosztownych i czasochłonnych podróży do uczelnianych bibliotek.

Za kilka lat, fizyczny kontakt ze źródłem historycznym będzie rzadkością. Obcowanie z materialnymi pozostałościami przeszłości przejmie wirtualny świat. Już dziś wiele osób, w tym także ja, jeśli tylko ma okazję, korzysta z elektronicznych wersji książek czy słowników. Wykorzystywanie e-booków jest nadzwyczaj praktyczne, dlatego wiele instytucji – archiwa, biblioteki, muzea czy uniwersytety –  prowadzi już prace nad digitalizacją swoich zasobów.

W 2003 r. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego wraz z Biblioteką Narodową uruchomiły projekt e-Kolekcja Czasopism Polskich. W 2006 r. do przedsięwzięcia dołączyły biblioteki Muzeum Sportu i Turystyki oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Obecnie udostępnionych zostało 27 poczytnych i rzadkich czasopism.

Jednym z elektronicznych periodyków jest Dziennik Lubelski z 1932 roku, którego redaktorem naczelnym był Józef Czechowicz. Gazeta jednak nie odniosła sukcesu, dlatego ukazało się jedynie 9 numerów. Na pewno warto zajrzeć i poczytać, jak pisano o sprawach gospodarczych, religii czy kulturze w dwudziestoleciu międzywojennym.

Poniżej spis wszystkich czasopism dostępnych w ramach projektu:

  1. Ateneum – Warszawa: 1876-1898.
  2. Ateneum Wileńskie – Wilno: 1923-1939.
  3. Co Tydzień. – Warszawa: 1915.
  4. Czasopismo Skarbowe – Warszawa: 1926-1939.
  5. Dziennik Lubelski – Lublin: 1932.
  6. Gazeta Bankowa – Lwów: 1921-1938.
  7. Głos Kamiennej – Kamienna [Skarżysko-Kamienna]: 1925.
  8. Głos Podlasia – Siedlce: 1910-1915.
  9. Jeniec Polak – Le Puy: 1917-1919.
  10. Kobieta w Sejmie – Warszawa: 1919.
  11. Kurier dla Wszystkich – Warszawa : 1914-1915.
  12. Lutnista – Warszawa: 1905-1907.
  13. Lwów i Wilno – Londyn: 1946–1948.
  14. Merkuriusz Polski – Kraków: 1661.
  15. Monitor Polski – Warszawa: 1918-1919, 1929.
  16. Polityka Gospodarcza – Łódź: 1935.
  17. Prosto z Mostu – Warszawa: 1935-1939.
  18. Przegląd Gospodarczy – Warszawa: 1920-1939.
  19. Przegląd Lwowski – Lwów: 1871-1883.
  20. Przegląd Narodowy – Warszawa: 1908-1921.
  21. Przegląd Sportowy – Kraków: 1921-1939, 1945-1959.
  22. Przemysł i Handel – Warszawa: 1920.
  23. Ruch Muzyczny – Warszawa: 1857-1861.
  24. Skamander – Warszawa: 1920-1928, 1935-1939.
  25. Tygodnik Handlowy – Warszawa: 1919-1936.
  26. Ziemia Brzeska – Brześć Litewski: 1919–1920.
  27. Życie Gospodarcze – Katowice: 1945/46-1980.
W tym miejscu można zapoznać się z wybranymi e-czasopismami.

11.11.11 – Marsz Niepodległości!

Polacy wybili się na niepodległość 11 listopada w 1918 r. Za 3 tygodnie w Warszawie odbędzie się przemarsz ulicami miasta upamiętniający 93. rocznicę uzyskania suwerenności państwowej.

W zeszłym roku podczas Marszu Niepodległości w Warszawie manifestowały też osoby, które nie celebrowały najważniejszego święta narodowego w Polsce. Wtedy z przykrością obserwowałem medialne doniesienia o tym, jak inna grupa społeczna (cóż, wybaczcie tę generalizację), starała się zablokować legalną inicjatywę. Wszystko wskazuje na to, że w 2011 roku będzie podobnie.

Fakt ten, sam w sobie nie jest jeszcze zły, najgorsza jest argumentacja tego działania: Marsz Niepodległości ma zostać zablokowany, bo w Marszu uczestniczą faszyści, czyli osoby wierzące w faszyzm, czyli w:

ideologię skrajnie nacjonalistyczną i rasistowską; też: totalitarna forma rządów oparta na tej ideologi (SJP, PWN)

doktrynę polityczną powstałą w okresie międzywojennym we Włoszech, która sprzeciwia się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa (statolatrię, totalitarne silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny). Faszyzm podkreślał wrogość wobec zarówno liberalizmu, jak i komunizmu. Początkowo nazwa odnosiła się tylko do włoskiego pierwowzoru, później była stosowana wobec pokrewnych ruchów w latach 20. i 30. XX wieku, zwłaszcza narodowego socjalizmu w Niemczech, oraz współczesnych ruchów wywodzących się z partii faszystowskich (neofaszyzm). (Wikipedia)

Ten argument zazwyczaj powoduje z jednej strony śmiech, z drugiej konsternacje u osób, które wezmą bądź chciałyby wziąć udział w Marszu Niepodległości. Okazywanie zadowolenia z faktu, że 93 lata temu, Polska stała się wolnym krajem, nie jest działaniem faszystowskim, a patriotycznym.

Wiele osób dostrzegło, że oskarżenia o faszyzm to pustosłowie, m.in. George Orwell w 1944 roku [źródło] wykazywał, iż jest to pozamerytoryczny argument osobisty, który nie niesie ze sobą żadnej treści. W 2007 „The Economist”, brytyjski opiniotwórczy tygodnik stwierdził, że „w większości dyskusji dobrą zasadą jest, że pierwsza osoba, która wyzwie drugą od nazistów, automatycznie przegrywa dyskusję” [źródło]. Na gruncie polskim absurd oskarżeń rzucanych na uczestników Marszów Niepodległości dostrzegł prof. Zdzisław Krasnodębski, który napisał i udostępnił swój artykuł pt. Antyfaszyzm odrzucony.

Na koniec tylko dodam, że gdyby Marsz faktycznie był faszystowski, propagowałby treści totalitarne, to organizatorzy nie otrzymaliby zgody na organizację takiego przemarszu. Przypomnę Art. 256. Kodeksu karnego:

Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Dlatego właśnie zachęcam wszystkich do uczczenia 93. rocznicy uzyskania niepodległości. Nie trzeba jechać do Warszawy na Marsz, wystarczy zawiesić flagę w oknie czy na balkonie. Dzień Niepodległości powinien być powodem do dumy, nie wstydźmy się pokazać miłości do Ojczyzny, ani przywiązania do biało-czerwonych barw. Amerykanie nie mają wątpliwości, jak świętować rocznicę uchwalenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, weźmy z nich przykład.

Z wiarą na bagnety – recenzja „Bitwy Warszawskiej 1920”

Na Bitwę Warszawską 1920 szedłem z otwartym umysłem, choć spodziewałem się sienkiewiczowskiego klimatu, takiego hollywoodzkiego patosu w biało-czerwonych barwach. Po seansie stwierdziłem, że owszem, taki patos występował, ale w odpowiednich proporcjach. Bez względu na oczekiwania i ocenę, twórcom filmu nie można odmówić poważnego podejścia do tematu. Do produkcji Bitwy Warszawskiej 1920 zostały użyte najnowsze technologie i zostali zaangażowani wybitni fachowcy, między innymi Jerzy Hoffman, Sławomir Idziak czy Krzesimir Dębski. Stworzyli oni dramat wojenny, którego tłem była jedna z najważniejszych bitew świata.

Najnowszy obraz J. Hoffmana można interpretować na kilku płaszczyznach. W warstwie dosłownej, najbardziej płytkiej, film opowiada o miłości żołnierza Wojska Polskiego – Jana Krynickiego (Borys Szyc) i artystki estradowej Aleksandry Raniewskiej (Natasza Urbańska). W związku z ogłoszeniem mobilizacji Jan wyrusza na front. Ola zostaje w stolicy. Jak potoczą się ich losy w związku z panującą wokół komunistyczną zawieruchą?

Patrząc na płaszczyznę bardziej metaforyczną, można powiedzieć, że film opowiada o:

1. Patriotyzmie, silnej miłości do Ojczyzny, poświęceniu. W Bitwie Warszawskiej widz zobaczy gros ludzi, chcących zaciągnąć się do armii. Wśród nich także dzieci, młodzież, mieszkańców miast i miasteczek, chłopów z kosami i robotników idących prosto z fabryk. Hoffman ukazał poparcie społeczne, jakim cieszyła się inicjatywa Piłsudskiego (atak na Kijów), a także poparcie dla wojny obronnej przed bolszewikami.

2. Wierze. Motywy związane z wiarą katolicką są bardzo silne, oddają zresztą religijność Polaków tamtego okresu. Kościół był podporą polskości podczas zaborów, po uzyskaniu niepodległości nadal był filarem i jednocześnie spoiwem niezależnego państwa. W filmie widać to było po ilości wiernych na mszach, modlitwach bohaterów czy obecności i ilości krzyży w miejscach publicznych.

3. Idei. Z jednej strony Wisły znaleźli się Polacy, którzy dopiero co wybili się na niepodległość, chcący uformować samodzielne państwo, wolne od ingerencji obcych mocarstw, a przede wszystkim wolne od zaborczego sąsiada – Rosji. Po drugiej stronie stanęły elity władzy Radzieckiej Rosji, na czele z Leninem, Stalinem, Trockim czy Tuchaczewskim, wśród których dominował pogląd, że tylko Warszawa stała na drodze światowej rewolucji. Dlatego niepokonana Armia Czerwona wyruszyła na zachód, aby wyzwolić lud pracujący miast i wsi od burżuazyjnego rządu polskiego.

Z jednej strony pokazana została Warszawa, z elegancko ubranymi mieszkańcami, tętniąca życiem kulturalnym, w której czekolada leży na ulicach, a w sklepach towarów nie brakuje. Z drugiej zaś widz zobaczył zbieraninę przypadkowo wcielonych do armii mężczyzn, bez jednolitych mundurów, brudną i obdartą, nazwaną przez komunistów Armią Czerwoną. Polacy bronili swoich domów, rodzin i kraju, bolszewicy chcieli wywołać proletariacką rewolucję w Rzeczpospolitej, a potem także w Niemczech, Anglii, Włoszech i na całym Starym Kontynencie. W filmie ukazana jest różna motywacja walczących, jednak reżyser powstrzymał się od oceny, która strona ma rację. Wspólnym mianownikiem dla obu grup była śmierć, gdyż ginęli równie szybko i łatwo zarówno Polacy, jak i Rosjanie.

Film Hoffmana reklamowany jest jako pierwsza polska produkcja zrealizowana w technologii 3D. To niewątpliwie powód do radości – najnowsza technologia wkroczyła i do naszej rodzimej kinematografii. Ze względu na technologię 3D, reżyser kładł nacisk na inne walory filmowe, niż w przypadku tradycyjnej technologii rejestracji obrazu. Fakt ten odcisnął swoje piętno także na wątku głównym, dotyczącym Janka i Oli, który nie można zaliczyć do nazbyt rozbudowanych. Ich historia jest bardzo krótka, a sam pomysł wręcz oczywisty. Ale proszę zwrócić uwagę, że pierwszy film w 3D, charakteryzował się dokładnie tym samym. Fabuła w Avatarze Camerona była banalna i przewidywalna w każdym momencie. Podobnie jak w dziele Josepha Kosinskiego Tron: Dziedzictwo. We wszystkich produkcjach trójwymiarowych ważniejsze są doznania artystyczne, obrazy i oczywiście efekty specjalne, fabuła schodzi na dalszy plan. Dlatego uważam, że scenarzyści i reżyserzy jeszcze nie do końca nauczyli się łączyć rozbudowaną, wielowątkową akcję z technologią 3D.

Bitwa Warszawska jest zachwycająca pod względem estetycznym. Niektóre kadry nadawałyby się na oddzielne dzieła sztuki, przypominały mi obrazy Ludwika Gędłeka, Maksymiliana Gierymskiego, Wojciecha Kossaka czy Piotra Michałowskiego. Podobnie z kostiumami, które wiernie odtwarzały stroje funkcjonujące na początku lat 20. ubiegłego wieku. Nawet liczne sceny krwawe, trupy i brud miały swój estetyczny klimat. Nie był to turpizm, ale jednocześnie sceny te nie były przerysowane, zbyt „ładne”. Wszystko to doprawione muzyką Krzesimira Dębskiego sprawiło, że film jest ucztą dla oczu i uszu.

Jak najbardziej pozytywne wrażenia pozostawili po sobie także aktorzy. W filmie wystąpiło wiele sław: D. Olbryski, B. Szyc, N. Urbańska, B. Linda, M. Żebrowski, A. Ferency, W. Zborowski, K. Globisz, a także A. Domagarow. Oczy i serca widzów skupiały się przede wszystkim na Urbańskiej i Szycu, którzy swoje role odegrali na bardzo przyzwoitym poziomie. Za sprawą Nataszy czułem klimat warszawskich teatrów, a fragmenty muzyczne, w których mogła się popisać swoim talentem wokalnym i tanecznym, słuchałem i oglądałem z wielką uwagą. Świetnie swoją postać odegrał Adam Ferency, grający czekistę – komisarza Bykowskiego. Równie dobrze z rolą poradził sobie Olbrychski, wcielającego się o mniej więcej 15 lat młodszego, w owym czasie, Józefa Piłsudskiego. Bardzo klimatycznymi postaciami byli Samuel (Wojciech Solarz) i Anatol (Piotr Głowacki), wprowadzili oni kilka motywów humorystycznych i nadali trochę groteskowy kształt zmaganiom między kryptologami polskimi a radzieckimi.

Oprócz wielkich sław polskiego kina, Hoffman zatrudnił także 3,5 tys. statystów. W Bitwie Warszawskiej w wielu scenach występowało dziesiątki, a czasami tez setki osób. Liczne sceny batalistyczne, szarże ułańskie i pochody Armii Czerwonej pokazywały skalę konfliktu polsko-bolszewickiego, a także ilość osób pracujących nad filmem. Bitwa warszawska została przedstawiona raczej słabo – widzieliśmy jedynie mały wycinek tego kilkudniowego starcia. Wojenny potencjał, jaki tkwił w wybranej konwencji i stylistyce, nie do końca został wykorzystany, moim zdaniem sama wojna ukazana była zbyt skromnie. Hoffman skupił się mniejszych oddziałach, na małych odcinkach frontu, bardzo dbał o szczegóły, zarówno w kwestiach ubiorów, jak i wyglądu okopów czy pola po bitwie.

Najnowsza produkcja Hoffmana to dramat wojenny, nie film historyczny, nie film dokumentalny dotyczący wojny polsko-bolszewickiej. Oczywiście historia jest immanentną częścią obrazu, jednak traktowana jest tylko pretekstowo, jako tło. Dlatego pseudohistoryczne dyskusje o tym, czy pułk. Wieniawa-Długoszewski miał większe znaczenie niż gen. Rozwadowski, albo to czy i w jaki sposób została ukazana opozycja wobec Marszałka Piłsudskiego, nie mają w ogóle znaczenia. Wg mnie nie słuszne są też rozprawy nad tym, czy Piłsudski został ukazany „dobrze”. Film nie był o Piłsudskim, nie był także o Włodzimierzu Leninie (Viktor Balabanov), więc kreacja tych bohaterów była zależna przede wszystkim od reżysera i aktorów grających te role, a nie od profesorów historii. Elementy historyczne nie powinny przysłaniać samego filmu. Nie można zapomnieć o tym, że ta produkcja jest jedynie wizją artystyczną, której fundamentalnym celem nie jest przekazanie informacji o bitwie warszawskiej z 1920 r., a wzruszenie widzów i przyciągnięcie ich do kin. Tę rolę Bitwa Warszawska 1920 3D spełnia świetnie.

Moja ocena: 5+/6.

PS Na stronie Onet.pl znajduje się wiele ciekawych materiałów filmowych związanych z Bitwą Warszawską 1920, między innymi piosenki śpiewane przez Urbańską, reportaże z planu i wywiady. Link przekierowuje do piosenki Thaiti, aby zobaczyć kolejne, należy kliknąć na „Podobne”.

Służba Zwycięstwu Polski

Dziś obchodzimy 72. rocznicę powstania Polskiego Państwa Podziemnego. W historiografii przyjęto, że początkiem Polski Podziemnej jest 27 września 1939 r., a dokładnie decyzja generała Juliusza Rómmla o powołaniu do życia konspiracyjnej organizacji Służba Zwycięstwu Polski (SZP), której dowódcą został generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Gen. Rómmel otrzymał od Naczelnego Wodza (gen. Edward Rydz-Śmigły) pełnomocnictwa, na mocy których wydał rozkaz ger. Tokarzwskiemu-Karaszewiczowi:

Dane mi przez Naczelnego Wodza w porozumieniu z Rządem pełnomocnictwo dowodzenia w wojnie z najazdem na całym obszarze Państwa, przekazuję gen. bryg. Michałowi Tadeuszowi Tokarzewskiemu-Karaszewiczowi z zadaniem prowadzenia dalszej walki o utrzymanie niepodległości i calości granic. – J. Rómmel, gen. dyw.
— „AK w dokumentach 1939-1945”, t1, str 2; SBN 950134805, Gryf Printers Ltd., London,1970

SZP była pierwszą tajną organizacją założoną odgórnie, jej uformowanie wynikało z decyzji ówczesnych władz polskich. Równolegle do SZP działały jeszcze inne konspiracyjne grupy, jednak nie miały one tak wielkiego zasięgu czy poparcia rządzących. Do takich organizacji należało między innymi: „Ojczyzna” ks. Józefa Prądzyńskiego, Tajna Organizacja Wojskowa „Gryf Kaszubski”, Organizacja Orła Białego, Pogotowie Obywatelskie, Komenda Obrońców Polski, Polska Niepodległa czy Tajna Armia Polska. W latach 1939/1940 działało ponad 150 struktur konspiracyjnych, a przez całą II wojnę światową było ich ok. 300.

Służba Zwycięstwu Polski nie działała zbyt długo, a jej poczynania były często blokowane przez następcę Rydza-Śmigłego na stanowisku Naczelnego Wodza – gen. Władysława Sikorskiego, który obawiał się piłsudczyków w strukturach SZP i zbyt silnej organizacji działającej na terenie okupowanej Rzeczpospolitej. Sikorski był przekonany, że Alianci szybko pokonają III Rzeszę, dlatego nie chciał mieć konkurencyjnych ośrodków pretendujących do dzierżenia władzy w wolnej Polsce.

Tokarzewski dynamicznie przystąpił do tworzenia SZP. Współpracował między innymi ze Stefanem Starzyńskim, Maciejem Ratajem, a także innymi liderami przedwojennych stronnictw opozycyjnych. Działalność Służby Zwycięstwa Polski została zakończona 13 listopada, gdy na mocy decyzji gen. Sikorskiego, premiera Rządu na Uchodźstwie, została przekształcona w Związek Walki Zbrojnej, którego komendantem został gen. Kazimierz Sosnkowski. ZWZ miało siedzibę w Paryżu, jednak pod koniec czerwca 1940 r. zdecydowano przenieść kwaterę główną do Warszawy, a nowym komendantem został gen. Stefan Rowecki.

Na zakończenie tego wpisu zachęcam do obejrzenia pierwszego odcinka polskiego serialu poświęconego Polsce Podziemnej:

72. rocznica wybuchu wojny polsko-niemieckiej

72 lata temu II Rzeczpospolita została zaatakowana przez III Rzeszę. 1 września 1939 r. rozpoczął się zmasowany atak żołnierzy niemieckich na oddziały polskie. 3 dni później, czyli 3 IX, wojnę Niemcom wypowiedziały Wielka Brytania i Francja, a sam konflikt nabrał międzynarodowej wagi. Niestety nie doszło do zbrojnej interwencji naszych zachodnich sojuszników. 17 IX na terytorium Rzeczpospolitej wkroczyła Armia Czerwona Związku Radzieckiego, co ostatecznie przesądziło o wyniku polskiej wojny obronnej.

W czasie II wojny światowej nastąpiła eksterminacja elity polskiego społeczeństwa – intelektualistów, ziemian, przedsiębiorców, oficerów Wojska Polskiego, urzędników, duchownych. Wymordowanie inteligencji doprowadziło do załamania się ciągłości intelektualno – kulturowej II Rzeczpospolitej. Po zakończeniu tego konfliktu niestety nie została ona odbudowana.

Nie będę jednak przypominał smutnej i przygnębiającej historii września 39. roku. Zamiast tego przedstawię świetną animację Platige Image w reż. Michała Dziekana pt. TRIBUTE TO STEFAN STARZYŃSKI – 39/89 Zrozumieć Polskę

Chwała Bohaterom!

Zapraszam także do obejrzenia wrocławskiego koncertu L.U.C-a (Łukasza Rostkowskiego) poświęconego pamięci tragicznej historii lat 1939-1989.  To 50-cio lecie jest dla mnie najsmutniejszym i zarazem najgorszym okresem w tysiącletnich dziejach naszego państwa. Polska była wtedy pod pozorem wolności uprzedmiotowiona, dokumentnie niszczona, panował permanentny kryzys gospodarczy, a wolność była jedynie na papierze. Musimy pamiętać o tamtych latach, aby w przyszłości nie popełnić tego samego błędu i ponownie stać się strefą wpływów Związku Radzieckiego.

„Kto zagra w moją pracę magisterską” – wywiad dla Games Fanatic

W związku z dość nietypowym zakresem tematycznym mojej pracy magisterskiej, na stronie serwisu Games Fanatic znajdziecie wywiad ze mną. Rozmowę przeprowadził jeden z redaktorów – Sipio.

Kto zagra w moją pracę magisterską?

Zapraszam serdecznie.