Współczesna służba zdrowia

W połowie października miałem bardzo nieprzyjemną styczność z naszą tzw. służbą zdrowia. Całe szczęście rzadko chodzę do lekarza, bo inaczej bym już dawno zbankrutował. Nie będę zagłębiał się w szczegóły, bo to nie jest ważne, przedstawię jedynie ogólną sytuację, która mnie spotkała.

10 października udałem się do lekarza ogólnego. Pani doktor, która spóźniła się 40 minut (!), wypisała mi skierowanie do gastrologa. Nie licząc tego opóźnienia wszystko było na plus. Następnie udałem się do przychodni gastrologicznej, aby tam skonsultować się ze specjalistą. Niestety okazało się, że najbliższe wolne miejsca są 15 listopada. Osobista rozmowa z jednym lekarzy też nie przyniosła rezultatu – połowa listopada i ani dnia wcześniej. Nie mogłem się na to zgodzić, w sensie potrzebowałem wizyty natychmiast, a nie za miesiąc, więc w tej samej przychodzi zapytałem o prywatną wizytę – zostałem przyjęty po 10 minutach. Zrobiłem się o 100 zł lżejszy.

Po wizycie u lekarza musiałem się zapisać na zabieg, którego wyniki wykryją przyczynę moich dolegliwości. Naiwnie zapytałem ile muszę czekać na taki zabieg z ubezpieczenia – pani w recepcji odrzekła, żebym przyszedł w grudniu, to może na styczeń się zapiszę. Kolejna wspaniała nowina. Prywatnie musiałem czekać tylko 6 dni. 400 zł zniknęło z konta.

Wszystko byłoby zupełnie naturalną sytuacją gdyby nie to, że teoretycznie mamy bezpłatną służbę zdrowia, która powinna dbać o podatników. W państwie absurdów taka patologia jest powszechnością. Niestety. Najbardziej cierpią na tym ubodzy i starsi ludzie, którzy często nie mają wyjścia i muszą wystać swoje w kolejkach. PRL kontratakuje.

A teraz chciałbym zaprosić was do obejrzenie filmu o innej medycznej patologii – o lekach refundowanych i sytuacji pacjentów. Ten materiał był bezpośrednią inspiracją do napisania moich „przygód” ze służbą zdrowia.

Polityka historyczna w Polsce

Początkowo wpis chciałem okrasić tytułem „Polska polityka historyczna”, jednak doszedłem do wniosku, że takie sformułowanie jest zupełnie nieadekwatne do stanu faktycznego. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma jednej dominującej siły, która narzuca taką, a nie inną politykę historyczną. Oczywiście można wyróżnić główne nurty propagowane przez różne instytucje — wśród których na pewno jest władza ustawodawcza, a także władze samorządowe — jednak żadna z nich nie zdobyła, w sposób naturalny, a nie administracyjny, znaczącej przewagi nad innymi. Dlatego zamiast opisywać działania konkretnych organizacji, przedstawię kilka ogólnych spostrzeżeń związanych z tym tematem.

Realizacja polityki historycznej odbywa się na kilku płaszczyznach, jedną z nich jest szkoła. Dzieci i młodzież od początku swojej edukacji są karmione różnymi frazesami, a w dalszym procesie edukacji ugruntowują wyrobione wcześniej przekonania. Dość wyraźnym przykładem obecnej polityki historycznej jest promowanie Unii Europejskiej (od razu zaznaczę, że podawane przeze mnie spostrzeżenia nie mają charakteru wartościującego). Po 2004 roku w podręcznikach do wiedzy o społeczeństwie Unia Europejska stała się jednym z ważniejszych tematów. Stosunkowo mało informacji jest natomiast o Grupie Wyszehradzkiej, Trójkącie Weimarskim, Inicjatywie Środkowoeuropejskiej czy chociażby Radzie Państw Morza Bałtyckiego.

W ramach polityki historycznej ograniczana jest ilość godzin historii w szkole. Ze swoich lat szkolnych pamiętam, że na żadnym etapie edukacji nie udało nam się dojść do okresu po II wojnie światowej. Zazwyczaj kończyliśmy mniej więcej na dwudziestoleciu międzywojennym. Dlaczego ważniejsze było poznać formowanie się państwa Mieszka I, a nie formowanie się PKWN-u albo wolnej Polski po 1989? System edukacji kładzie nacisk na historię dalszą, niemającą niemal żadnego znaczenia na czasy obecne, zaś zapomina o dostarczeniu informacji aktualnych i mających realny wpływ na obecną sytuację geopolityczną. Niestety WOS nie nadrabia tych braków, gdyż koncentruje się na czymś zupełnie innym. Przeniesienie punktu ciężkości z nauczania dziejów Piastów i Jagiellonów na historię XX wieku przyniosłoby więcej praktycznych korzyści, niż nauka o początkach państwa polskiego. Pozbawianie wiedzy aktualnie przydatnej, przekładającej się również na świadomość historyczną młodych ludzi, podważa fundament wspólnoty narodowej.

Kolejną, chyba najważniejszą sferą oddziaływania na świadomość historyczną ludzi, są media. Nie od dziś funkcjonuje powiedzenie, że „media czwartą władzą”, a także że „media kłamią”. Większość osób potrafi powtórzyć te frazesy, jednak obawiam się, że jedynie część zastanowiła się nad nimi i w konsekwencji krytycznie przygląda się doniesieniom radia czy telewizji.

Przykładem niech będą tegoroczne: Marsz Niepodległości i kontrmanifestacja zorganizowana przez Porozumienie 11 listopada. We wszystkich stacjach telewizyjnych ukazano chuliganów i agresywnie zachowujących się demonstrantów. Niektóre stacje postawiły znak równości między kibolami a uczestnikami Marszu Niepodległości oraz między kontrmanifestantami a lewakami.

Oba te przekazy są niepełne, pokazujące jedynie wycinek wszystkich wydarzeń. 11 listopada w Warszawie zatrzymano tylko ponad 200 osób za demolowanie i rozróby, przy czym tę liczbę mniej więcej równo należy podzielić, ponieważ zatrzymano osoby z obu stron sporu. Na samym Marszu, w zależności od osób i instytucji wyliczających, było od 20 do ponad 90 tys. ludzi. [źródła: strona organizatorów, blog Romualda Szeremietiewa]. Uczestnicy przygotowali ogromne flagi, śpiewali patriotyczne pieśni, a wielu z nich przyszło całymi rodzinami, aby celebrować najważniejsze święto państwowe w RP. Tych obrazów nie pokazała żadna telewizja, informacje o tym można było czerpać przede wszystkim z portali społecznościowych i filmów z YouTube.

Nie mam natomiast informacji ile osób wzięło udział w wiecu i kontrmanifestacji, jednak jestem pewien, że zdecydowaną większość miała pokojowe zamiary i nie demolowała i nie biegała z pałkami teleskopowymi po ulicach Warszawy.

Odmienną kwestią jest fakt, że największe i opiniotwórcze media lansowały hasło jednej strony – Porozumienia 11 listopada. Ich głównym sloganem było tradycyjne wręcz: „Faszyzm nie przejdzie”. Jednak tylko nieliczni dziennikarze i publicyści stanęli w obronie organizatorów Marszu Niepodległości, wyjaśniając, że faszyzm nie jest adekwatnym pojęciem i nie należy łączyć go z Marszem. Dużo gorszą rzeczą, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, było bardzo neutralne podejście mediów do grup anarchistów z Niemiec. (W moich odczuciu anarchiści, z fundamentalnych powodów, stanowią duże większe niebezpieczeństwo, niż faszyści.) Przyzwalanie na tego typu demagogie i powielanie nieprawdziwych informacji jest bardzo niepokojące, może też prowadzić do wielu nieporozumień, a także jest sprzeczne z etyką dziennikarską.

Powyżej opisałem przykład, którym chciałbym dowieść, że pewne grupy społeczne, i to wcale nie małe, są spychane na margines, a ich potrzeby i pozytywne działania bagatelizowane (negatywne opinie i przyczepione łatki zaś hiperbolizowane). Dla mnie jest to jawny przykład polityki historycznej, polegający na chęci obrzydzenia pewnej idei. W tym przypadku idei narodowej z Romanem Dmowskim jako jej symbolem i próbowaniu totalnego stłamszenia jednej odmiany patriotyzmu przy jednoczesnym zachwalaniu „nowego patriotyzmu” i nowego „modelu Polaka”. Media powinny zachować neutralność, jednak dyskurs publiczny wypełniony jest skrajnościami i ciągle podsyca napiętą atmosferę.

Ostatnią płaszczyzną, do której nawiążę, są nazwy ulic, pomniki, popiersia, obeliski upamiętniające wydarzenia i tym podobne architektoniczne spuścizny po czasach słusznie minionych. Swój przykład oprę o naszą stolicę, w której zatrważająco dużo jest takich pozostałości. Fakt ten nazwę paradoksem dekomunizacji.

Ów paradoks polega na tym, że mimo przeprowadzenia dekomunizacji, czyli między innymi usunięcia z przestrzeni publicznej znaków komunistycznych, nazw ulic, czy odsunięcia od sprawowania wysokich urzędów państwowych ludzi związanych z władzą ludową, wiele symboli, nie wspominając o osobach, pozostało na swoich miejscach.

Pierwszym przykładem niech będzie pomnik gen. Zygmunta Berlinga przy ul. Wał Miedzeszyński na Saskiej Kępie w Warszawie. Berling jest bardzo kontrowersyjną postacią. Podczas I wojny światowej służył w Legionach, po wojnie w niepodległym Wojsku Polskim, w którym uzyskał rangę podpułkownika. Jeszcze w trakcie II WŚ Berling zaczął współpracować z Armią Czerwoną, dowodził nawet nieformalną grupą wysokich oficerów, którzy zdecydowali się oddać w dyspozycję Moskwy. W 1941 w tajemnicy dobrowolnie poprzysiągł wierność Związkowi Radzieckiemu, przeszedł szereg szkoleń, a następnie na polecenie Stalina dołączył do armii gen. Andersa, a tam zajmował się szpiegostwem na rzecz ZSRR. W skutek działań i postawy Berlinga w 1943 r., po jego dezercji i ucieczce do Związku Radzieckiego, sąd wojskowy skazał go na śmierć. Nie będę przytaczał dalszej historii Berlinga, to temat na oddzielny wpis.

Czy ideowy komunista, walczący u boku Armii Czerwonej, zasługuje w wolnej i niepodległej Polsce na pomnik?

Jedną z głównych ulic Warszawy jest Aleja Armii Ludowej. AL było wojskiem zorganizowanym przez polskich i sowieckich komunistów, którzy z założenia mieli bardziej pomóc Armii Czerwonej, niż Armii Krajowej. Dowódcą AL był gen. Michał Rola-Żymierski, między innymi Naczelny Dowódca Wojska Polskiego i minister obrony narodowej (1945–1949) i przewodniczący Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, Marszałek Polski, członek Prezydium Krajowej Rady Narodowej. Jak widać po wojnie zajmował on najwyższe stanowiska w nowej Polsce.

Armia Ludowa zajmowała się przede wszystkim sabotażem aprowizacji niemieckich, stoczyła też szereg bitew z Niemcami, jednak nie były to ani wielkie, ani znaczące starcia. Udział AL w powstaniu warszawskim był znikomy, przede wszystkim dlatego, że Moskwa zabroniła jej wziąć udział w tej insurekcji.

Na potwierdzenie faktu, że AL wcale nie sprzyjała Rzeczpospolitej, powrócę do 2007 roku, kiedy głośno było o nowelizacji prawa kombatanckiego. Tę nowelizację przygotowały Instytut Pamięci Narodowej oraz Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Na jej mocy żołnierze Armii Ludowej oraz Gwardii Ludowej mieli zostać wyjęci spod prawa kombatanckiego, ponieważ uznano, że działania obu organizacji były wymierzone w suwerenność, niepodległość i integralność Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak to się stało, że nazwa tak haniebnej formacji przetrwała proces dekomunizacji i pozostała nazwą dla jednej z głównych ulic w stolicy?

Najbardziej zniesmaczony jestem faktem, że w jednym z najładniejszych parków w stolicy, a dokładnie w Parku Skaryszewskim im. I. J. Paderewskiego, stoi Pomnik Żołnierzy Radzieckich, upamiętniający 26 sołdatów poległych we wrześniu 1944 r. Na wmurowanej w monument tablicy został umieszczony napis:

Wieczna chwała
bohaterom
Armii Czerwonej
poległym w walkach
o wyzwolenie
stolicy Polski
Warszawy

Udział Armii Czerwonej w wyzwalaniu Warszawy jest nikły – ZSRR nie popierało powstania warszawskiego. Konsekwencje „pomocy” Związku Radzieckiego okazały się katastrofalne dla Polski. Po wycofaniu się Niemców Rosjanie zajęli stolicę i rozpoczęli własną okupację, nie oddali jej w ręce Polaków. Warto też przypomnieć, że Związek Radziecki 17 września 1939 r. dokonał agresji na Polskę, która zaowocowała bardzo długą okupacją i wieloma represjami. Dodatkowo wiedząc, jaki cele i nakazy miały komunistyczne służby działające na terenie RP, a potem PRL (Armia Czerwona, NKWD, UB, SB, ogólnie cały aparat represyjny kontrolowany przez Związek Radziecki), jak można było pozostawić taki pomnik?

Takich i podobnych przykładów można mnożyć. Wiele z nich nie budzi już kontrowersji, a mieszkańcy miast z pewnością przyzwyczaili się do widoku pomników czy nazw ulic działaczy zasłużonych dla PRL-u. Godząc się na nie, wykazujemy się także pewną postawą – obojętnością względem naszej przeszłości. Świadomość krzywd, jakie spadły na Polaków z rąk Niemców i Rosjan, nie powinna zostać wyparta. Przeszłość kształtuje przyszłość, nie znając jej, tracimy część narodowego dziedzictwa.

Debata: Oblicza polskiego patriotyzmu

[EDYCJA: debata została odwołana z przyczyn niezależnych od organizatorów]

W najbliższą środę (30 XI) odbędzie się debata między Marianem Kowalskim, rzecznikiem ONR, reprezentującym stronę Marszu Niepodległości, oraz Michałem Kabacińskim, posłem na Sejm RP, członkiem partii Ruchu Palikota, reprezentującym Kolorową Niepodległą. Rozmowa będzie dotyczyła patriotyzmu.

Debata rozpocznie się o godz. 11.30 w Auli im. I. Daszyńskiego na Wydziale Politologii UMCS (Pl. Litewski 3, Lublin).

Sztuka dyskusji a wybory

Polak często uważa się jednocześnie za polityka, historyka, a bardzo często także i za lekarza. Chciałbym to mówić z dumą, jednak nie zawsze jest to powód do radości. Przede wszystkim dlatego, że znaczna część naszych rodaków jest głęboko przekonana, że wie o historii, polityce czy medycynie tak wiele, żeby wypowiadać się w danej dziedzinie bardzo autorytatywnie. Samo w sobie to jeszcze nie jest problemem. Ta sytuacja staje się kłopotliwa wtedy, gdy emocje biorą górę nad rozsądkiem, a zwykła dyskusja przemienia się w walkę, podczas której nie liczą się rzeczowe argumenty, a sukcesem nie jest przedstawienie faktów – nazwijmy je: obiektywnych faktów – a udowodnienie komuś, że się myli.

Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że interlokutorzy rzadko decydują się na zmianę swojego zdania w trakcie lub po zakończeniu sporu. To może świadczyć o co najmniej o kilku sprawach, na przykład o tym, że argumenty strony przeciwnej nie były do końca przekonujące albo jedna ze stron uznaje zmianę swojej opinii za „przegraną” i ze względu na „honor” trwa przy swoich tezach.

Jeśli spór jest na poziomie, argumenty merytoryczne i rzeczowe, a rozmówcy podchodzą do siebie z szacunkiem, wtedy każdy uczestnik takiej dyskusji jest zwycięzcą. Nawet wtedy, jeśli nie przekona on swoich dyskutantów do wyznawanych racji. W moim odczuciu najważniejsze w rozmowie jest to, aby poznać argumenty „drugiej strony”, wysłuchać ją, tolerować jej opinię i nie narzucać własnej. Oczywiście można się nawzajem przekonywać, udowadniać, że jedno jest lepsze od drugiego, lecz ani przez moment nie można zapomnieć, że najważniejszy w tym wszystkim jest drugi człowiek i zaakceptowanie jego poglądów. Każdy ma prawo do własnego zdania. O tym bardzo często zapominają ludzie dyskutując o polityce.

Przed wyborami pojawia się w Sieci wiele filmików o tym, że warto wziąć w nich udział. Wedle wielu „ekspertów”, polityków i celebrytów wysoka frekwencja świadczy o obywatelskim zaangażowaniu. W pewnym stopniu tak, ale czy osoba, która raz na cztery lata spełni swój obywatelski obowiązek jest już członkiem społeczeństwa obywatelskiego? Według mnie jeszcze nie. Na taki status składa się znacznie większa ilość elementów. Lecz nie o tym chciałbym pisać, a o wyborach.

Zachęcam wszystkich do podjęcia rozważnej decyzji, aby nie tylko skorzystać z przysługującego nam prawa, ale aby zrobić to świadomie i z przekonaniem.

Co należy zrobić 9 października? Bez względu jaka będzie odpowiedź na to pytanie, pamiętajmy, aby decyzję podjąć wcześniej, a nasz głos faktycznie ma znaczenie i nie musimy rezygnować z głosowania na „swojego” kandydata, aby uniemożliwić innemu rządy czy wejście do parlamentu. Sednem demokracji powinno być wybieranie tego, kogo się wspiera, a nie głosowanie przeciw komuś.

Dlatego jeśli nie śledzicie na bieżąco sceny politycznej, nie macie sprecyzowanych poglądów na przykład na gospodarkę czy politykę zagraniczną – zastanówcie się, czy w ogóle warto iść na wybory. Ulegnę modzie generalizacji i powiem, że przeciętny obywatel nie wie zbyt dużo o polityce, gospodarce, prawie, podatkach, sytuacji międzynarodowej, Unii Europejskiej czy NATO, jest manipulowny przez media – z różnych stron sceny politycznej.

Podkreślę, że warto iść na wybory, ale jeśli jest się pewnym swoich poglądów, jeśli podchodzi się do informacji zamieszczonych w mediach krytycznie, jeśli decyzję podjęło się samodzielnie.

Poniżej dodaję dwa odcinki programu Matura to bzdura poświęcone polityce oraz film Johna Stossela.

Kres demokracji?

Dziś na TVP Kultura oglądałem film dokumentalny pt. Lekcja białoruskiego. Autorem obrazu jest Mirosław Dembiński, znany z takich dzieł jak Mój mały EverestPomarańczowa Alternatywa czy Krasnoludki jadą na Ukrainę. Dembiński wielokrotnie podejmował już tematy polityczne, natomiast w oglądanym przeze mnie dokumencie, bohaterami stali się młodzi Białorusini, którzy protestowali w Mińsku w związku z sfałszowanymi wyborami prezydenckimi w 2006 r.

O zeszłorocznych wyborach na Białorusi pisałem w grudniu, teraz zaś nie chcę komentować sytuacji u naszych wschodnich sąsiadów, ale raczej zastanowić się nad obecnym stanem demokracji w Polsce i Europie.

Od dłuższego czasu w Europie nie jest najlepiej. Bankrutują kolejne państwa – Grecja, Portugalia, Irlandia, Hiszpania. Na ulice największych metropolii wielokrotnie już wychodzili młodzi ludzie, którzy protestowali przeciwko polityce gospodarczej swoich państw. Pisałem o tym w notce Europa stoi w ogniu. Całkiem niedawno do grona państw, gdzie nasilają się protesty, dołączyli nasi południowi sąsiedzi – Czesi. Tylko nieliczne państwa mogą poszczycić się wzrostem gospodarczym, większość dopiero „planuje” wyjść z recesji. Sytuacja w Unii Europejskiej też nie napawa optymizmem. Coraz częściej mówi się o kryzysie wspólnej waluty, o odnowieniu granic (odejście od układu z Schengen), kolejnych podatkach czy kontroli Internetu. Czy tam ma wyglądać wolny świat na początku nowego milenium?

Polska na tym tle wcale nie wypada lepiej. Niby jest wzrost gospodarczy, ale ludziom wcale nie żyje się dobrze – nie liczę oczywiście sitw i urzędników, gdyż te grupy zawsze trzymały się mocno. Obywatel ma coraz mniej praw – wolność słowa jest zagrożona, co świetnie obrazuje ostanie działanie ABW przeciwko Robertowi Fryczowi, właścicielowi strony AntyKomor.pl, czy metody wykorzystywane przeciwko walce z chuligaństwem stadionowym, które moim zdaniem przemienia się w walkę z kibicami w ogóle i kampanię przedwyborczą. Dodatkowo Polacy są najbardziej inwigilowanym krajem w UE – co raczej nie powinno być powodem do dumy. Działania Policji i Straży Miejskiej czasami zaprzeczają idei, zgodnie z którą powinni działać i zamiast bronić obywateli, stają się powoli aparatem represyjnym. Wojsko Polskie już nie istnieje, a jedyne wartościowe oddziały znajdują się poza granicami RP. Reforma wprowadzająca zawodową armię została przeprowadzona w pośpiechu, bez należytych przygotowań, przez co wartość bojowa armii jest nikła. Dodatkowo niedawno nad naszymi głowami latał samolot szpiegowski z emblematami Związku Radzieckiego – a tylko przypomnę, że Układ Warszawski już nie obowiązuje.

Powyższe sprawy wyciszane są przez mainstreamowe media, przez co znaczna część społeczeństwa nie jest tego świadoma. Co gorsza, funkcjonuje już prasa drugiego obiegu – dokładnie jak w PRL. Natomiast sam Tusk i jego metody często są porównywane do okresu słusznie minionego. Czy faktycznie mają tak wiele cech wspólnych, aby porównywać obie te władze?

Sytuacja w Polsce nie wygląda różowo, w Europie z resztą też. Czy jesienne wybory do parlemetu mogą coś zmienić? „Coś” mogą, lecz nie wiem, czy na polskiej scenie politycznej znajdzie się grupka odważnych osób, która gruntownie zreformuje państwo. Dobrym przykładem są Węgry pod rządami Viktora Orbána, który w duchu narodowym przeprowadza w państwie niezbędne zmiany.

Z okazji nadchodzącego Dnia Matki (26 V) życzę wszystkim matkom, obecnym i przyszłym, aby Polska też miała swojego Viktora Orbána.

Na koniec komentarz Nigela Farage odnośnie demokracji w Unii Europejskiej:

A także satyryczna grafika dotycząca mentalności obecnej władzy:

„Art. 135.
§ 2. Kto publicznie znieważa Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.”

„Art. 49.
§ 1. Kto w miejscu publicznym demonstracyjnie okazuje lekceważenie Narodowi Polskiemu, Rzeczypospolitej Polskiej lub jej konstytucyjnym organom, podlega karze aresztu albo grzywny.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto narusza przepisy o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej.”

Piotr Wolwowicz wrogiem Polski Ludowej

Zapraszam do obejrzenia dwóch kawałków pochodzących z programu rozrywkowego Must Be the Music: Hrabia „Warszafka” oraz Piotr Wolwowicz „Pytasz mnie”. Zaintrygowały mnie komentarze jurorów, a dokładniej brak konsekwencji w sposobie oceniania.

„Macie coś do powiedzenia i to ważne, w muzie i w tekstach. Czy to się komuś podoba to już jest indywidualna sprawa słuchacza”.

„Jakieś bogoojczyźniane, takie patriotyzmy, to jest coś okropnego, nie daj się w to wciągnąć. Nie idź tą drogą!”

W przypadku „Warszafki” ocenione zostało wykonanie piosenki, jurorzy zdystansowali się do treści, uznając że ma drugorzędne znaczenie. Piotr Wolwowicz, który zaśpiewał piosenkę patriotyczną Andrzeja Rosiewicza pt. „Pytasz mnie”, nawet nie został oceniony. Dlaczego? A bo temat utworu był zły, bo piosenki „bogoojczyźniane” nie nadają się do takiego programu.

Jurorzy mają bardzo słabą pamięć…

Reakcja internautów na ocenę jury była natychmiastowa. Wykonanie Wolwowicza jest aktualnie wśród najpopularniejszych utworów na YouTube w kategorii „Rozrywka”. Na Facebooku zostało założone konto „Piotr Wolwowicz„, na którym wyrażane są najróżniejsze opinie dotyczące zarówno wykonania piosenki Rosiewicza, jak i oceny jurorów.

A co wy myślicie o tym repertuarze i o jury?

„Krzyż” i „Mgła”

Dziś premiera filmu dokumentalnego pt. Krzyż, kontynuacji dokumentu Solidarni 2010, a za kilka dni (5 kwietnia) odbędzie się premiera książki pt. Mgła autorstwa Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej. Twórcami nowego filmu dokumentalnego są Ewa Stankiewicz i Jan Pośpieszalski. Nie trudno domyślić się tematyki tej produkcji – tytułowy krzyż to oczywiście krzyż ustawiony na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim. Natomiast Mgła to zapis rozmów Dłużewskiej i Lichockiej z urzędnikami Kancelarii Prezydenta  Lecha Kaczyńskiego, czyli rozszerzona wersja filmu dokumentalnego o tym samym tytule.

Informacja o Krzyżu ze strony Fundacja Nasza Przyszłość:

Kontynuacja kontrowersyjnego filmu Solidarni 2010. Będzie to prawdopodobnie najgłośniejszym dokumentem 2011 r.

Jedna z najzdolniejszych polskich reżyserek we współpracy z Janem Pospieszalskim stworzyła poruszającą relację z Krakowskiego Przedmieścia. W czerwcowe, lipcowe i sierpniowe noce cierpliwie przyglądała się starciu dwóch światów pod Pałacem Prezydenckim. Konflikt, narastanie wrogości, wymiana argumentów, akty agresji, próby porozumienia… Kamera minuta po minucie rejestrowała spór o wolność słowa, wolność religijną, demokrację i prawdziwe przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem. Tak pełnego obrazu spotkań pod krzyżem nie pokazały żadne wiadomości, nie przekazała żadna gazeta.

Książka dołączona do płyty zawiera wywiad rzekę z twórcami Krzyża – między innymi o cenie, jaką przyszło im zapłacić za Solidarnych 2010, oraz o roli wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu w najnowszej historii Polski.

Zapraszam do zapoznania się z trailerem:

Informacje o książce Mgła ze strony: Wydawnictwo Zysk i S-ka.

Rankiem 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku w Smoleńsku historia zmieniła bieg. W katastrofie rządowego Tu-154M zginął prezydent RP Lech Kaczyński wraz z delegacją. Ponieśli śmierć niedaleko Katynia, miejsca gdzie Rosjanie zamordowali kilka tysięcy polskich oficerów. Odeszli szefowie, ministrowie, elita społeczeństwa. Odeszli mężowie, żony, ludzie bliscy.

Mgła to pełen zapis rozmów odbytych w lipcu i sierpniu przez Marię Dłużewską oraz Joannę Lichocką z sześcioma urzędnikami Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – Jackiem Sasinem, Adamem Kwiatkowskim, Marcinem Wierzchowskim, Jakubem Oparą, Andrzejem Dudą oraz Pawłem Zołoteńkim. Na podstawie tych wywiadów powstał już film. Teraz prezentujemy pełen zapis rozmów w postaci książki.

Bohaterowie opowiadają o swych przeżyciach w obliczu niewyobrażalnej tragedii, ale też o tym jak wyglądały przygotowania do wyjazdu prezydenta do Katynia, jak z ich perspektywy wyglądał tydzień żałoby i przygotowania do pogrzebu pary prezydenckiej, współpracowników, najbliższych przyjaciół. Opisują, jak w tle dramatycznych wydarzeń, toczyła się gra polityczna.

Mgła to rozmowy o prawdziwym obliczu katastrofy smoleńskiej. Historia opisana momentami chłodno, ale często też emocjami, łzami i gniewem.

Zapraszam do zapoznania się z filmem dokumentalnym Mgła oraz z moim komentarzem do niego.