Polityka historyczna w Polsce

Początkowo wpis chciałem okrasić tytułem „Polska polityka historyczna”, jednak doszedłem do wniosku, że takie sformułowanie jest zupełnie nieadekwatne do stanu faktycznego. Wydaje mi się, że w Polsce nie ma jednej dominującej siły, która narzuca taką, a nie inną politykę historyczną. Oczywiście można wyróżnić główne nurty propagowane przez różne instytucje — wśród których na pewno jest władza ustawodawcza, a także władze samorządowe — jednak żadna z nich nie zdobyła, w sposób naturalny, a nie administracyjny, znaczącej przewagi nad innymi. Dlatego zamiast opisywać działania konkretnych organizacji, przedstawię kilka ogólnych spostrzeżeń związanych z tym tematem.

Realizacja polityki historycznej odbywa się na kilku płaszczyznach, jedną z nich jest szkoła. Dzieci i młodzież od początku swojej edukacji są karmione różnymi frazesami, a w dalszym procesie edukacji ugruntowują wyrobione wcześniej przekonania. Dość wyraźnym przykładem obecnej polityki historycznej jest promowanie Unii Europejskiej (od razu zaznaczę, że podawane przeze mnie spostrzeżenia nie mają charakteru wartościującego). Po 2004 roku w podręcznikach do wiedzy o społeczeństwie Unia Europejska stała się jednym z ważniejszych tematów. Stosunkowo mało informacji jest natomiast o Grupie Wyszehradzkiej, Trójkącie Weimarskim, Inicjatywie Środkowoeuropejskiej czy chociażby Radzie Państw Morza Bałtyckiego.

W ramach polityki historycznej ograniczana jest ilość godzin historii w szkole. Ze swoich lat szkolnych pamiętam, że na żadnym etapie edukacji nie udało nam się dojść do okresu po II wojnie światowej. Zazwyczaj kończyliśmy mniej więcej na dwudziestoleciu międzywojennym. Dlaczego ważniejsze było poznać formowanie się państwa Mieszka I, a nie formowanie się PKWN-u albo wolnej Polski po 1989? System edukacji kładzie nacisk na historię dalszą, niemającą niemal żadnego znaczenia na czasy obecne, zaś zapomina o dostarczeniu informacji aktualnych i mających realny wpływ na obecną sytuację geopolityczną. Niestety WOS nie nadrabia tych braków, gdyż koncentruje się na czymś zupełnie innym. Przeniesienie punktu ciężkości z nauczania dziejów Piastów i Jagiellonów na historię XX wieku przyniosłoby więcej praktycznych korzyści, niż nauka o początkach państwa polskiego. Pozbawianie wiedzy aktualnie przydatnej, przekładającej się również na świadomość historyczną młodych ludzi, podważa fundament wspólnoty narodowej.

Kolejną, chyba najważniejszą sferą oddziaływania na świadomość historyczną ludzi, są media. Nie od dziś funkcjonuje powiedzenie, że „media czwartą władzą”, a także że „media kłamią”. Większość osób potrafi powtórzyć te frazesy, jednak obawiam się, że jedynie część zastanowiła się nad nimi i w konsekwencji krytycznie przygląda się doniesieniom radia czy telewizji.

Przykładem niech będą tegoroczne: Marsz Niepodległości i kontrmanifestacja zorganizowana przez Porozumienie 11 listopada. We wszystkich stacjach telewizyjnych ukazano chuliganów i agresywnie zachowujących się demonstrantów. Niektóre stacje postawiły znak równości między kibolami a uczestnikami Marszu Niepodległości oraz między kontrmanifestantami a lewakami.

Oba te przekazy są niepełne, pokazujące jedynie wycinek wszystkich wydarzeń. 11 listopada w Warszawie zatrzymano tylko ponad 200 osób za demolowanie i rozróby, przy czym tę liczbę mniej więcej równo należy podzielić, ponieważ zatrzymano osoby z obu stron sporu. Na samym Marszu, w zależności od osób i instytucji wyliczających, było od 20 do ponad 90 tys. ludzi. [źródła: strona organizatorów, blog Romualda Szeremietiewa]. Uczestnicy przygotowali ogromne flagi, śpiewali patriotyczne pieśni, a wielu z nich przyszło całymi rodzinami, aby celebrować najważniejsze święto państwowe w RP. Tych obrazów nie pokazała żadna telewizja, informacje o tym można było czerpać przede wszystkim z portali społecznościowych i filmów z YouTube.

Nie mam natomiast informacji ile osób wzięło udział w wiecu i kontrmanifestacji, jednak jestem pewien, że zdecydowaną większość miała pokojowe zamiary i nie demolowała i nie biegała z pałkami teleskopowymi po ulicach Warszawy.

Odmienną kwestią jest fakt, że największe i opiniotwórcze media lansowały hasło jednej strony – Porozumienia 11 listopada. Ich głównym sloganem było tradycyjne wręcz: „Faszyzm nie przejdzie”. Jednak tylko nieliczni dziennikarze i publicyści stanęli w obronie organizatorów Marszu Niepodległości, wyjaśniając, że faszyzm nie jest adekwatnym pojęciem i nie należy łączyć go z Marszem. Dużo gorszą rzeczą, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, było bardzo neutralne podejście mediów do grup anarchistów z Niemiec. (W moich odczuciu anarchiści, z fundamentalnych powodów, stanowią duże większe niebezpieczeństwo, niż faszyści.) Przyzwalanie na tego typu demagogie i powielanie nieprawdziwych informacji jest bardzo niepokojące, może też prowadzić do wielu nieporozumień, a także jest sprzeczne z etyką dziennikarską.

Powyżej opisałem przykład, którym chciałbym dowieść, że pewne grupy społeczne, i to wcale nie małe, są spychane na margines, a ich potrzeby i pozytywne działania bagatelizowane (negatywne opinie i przyczepione łatki zaś hiperbolizowane). Dla mnie jest to jawny przykład polityki historycznej, polegający na chęci obrzydzenia pewnej idei. W tym przypadku idei narodowej z Romanem Dmowskim jako jej symbolem i próbowaniu totalnego stłamszenia jednej odmiany patriotyzmu przy jednoczesnym zachwalaniu „nowego patriotyzmu” i nowego „modelu Polaka”. Media powinny zachować neutralność, jednak dyskurs publiczny wypełniony jest skrajnościami i ciągle podsyca napiętą atmosferę.

Ostatnią płaszczyzną, do której nawiążę, są nazwy ulic, pomniki, popiersia, obeliski upamiętniające wydarzenia i tym podobne architektoniczne spuścizny po czasach słusznie minionych. Swój przykład oprę o naszą stolicę, w której zatrważająco dużo jest takich pozostałości. Fakt ten nazwę paradoksem dekomunizacji.

Ów paradoks polega na tym, że mimo przeprowadzenia dekomunizacji, czyli między innymi usunięcia z przestrzeni publicznej znaków komunistycznych, nazw ulic, czy odsunięcia od sprawowania wysokich urzędów państwowych ludzi związanych z władzą ludową, wiele symboli, nie wspominając o osobach, pozostało na swoich miejscach.

Pierwszym przykładem niech będzie pomnik gen. Zygmunta Berlinga przy ul. Wał Miedzeszyński na Saskiej Kępie w Warszawie. Berling jest bardzo kontrowersyjną postacią. Podczas I wojny światowej służył w Legionach, po wojnie w niepodległym Wojsku Polskim, w którym uzyskał rangę podpułkownika. Jeszcze w trakcie II WŚ Berling zaczął współpracować z Armią Czerwoną, dowodził nawet nieformalną grupą wysokich oficerów, którzy zdecydowali się oddać w dyspozycję Moskwy. W 1941 w tajemnicy dobrowolnie poprzysiągł wierność Związkowi Radzieckiemu, przeszedł szereg szkoleń, a następnie na polecenie Stalina dołączył do armii gen. Andersa, a tam zajmował się szpiegostwem na rzecz ZSRR. W skutek działań i postawy Berlinga w 1943 r., po jego dezercji i ucieczce do Związku Radzieckiego, sąd wojskowy skazał go na śmierć. Nie będę przytaczał dalszej historii Berlinga, to temat na oddzielny wpis.

Czy ideowy komunista, walczący u boku Armii Czerwonej, zasługuje w wolnej i niepodległej Polsce na pomnik?

Jedną z głównych ulic Warszawy jest Aleja Armii Ludowej. AL było wojskiem zorganizowanym przez polskich i sowieckich komunistów, którzy z założenia mieli bardziej pomóc Armii Czerwonej, niż Armii Krajowej. Dowódcą AL był gen. Michał Rola-Żymierski, między innymi Naczelny Dowódca Wojska Polskiego i minister obrony narodowej (1945–1949) i przewodniczący Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, Marszałek Polski, członek Prezydium Krajowej Rady Narodowej. Jak widać po wojnie zajmował on najwyższe stanowiska w nowej Polsce.

Armia Ludowa zajmowała się przede wszystkim sabotażem aprowizacji niemieckich, stoczyła też szereg bitew z Niemcami, jednak nie były to ani wielkie, ani znaczące starcia. Udział AL w powstaniu warszawskim był znikomy, przede wszystkim dlatego, że Moskwa zabroniła jej wziąć udział w tej insurekcji.

Na potwierdzenie faktu, że AL wcale nie sprzyjała Rzeczpospolitej, powrócę do 2007 roku, kiedy głośno było o nowelizacji prawa kombatanckiego. Tę nowelizację przygotowały Instytut Pamięci Narodowej oraz Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Na jej mocy żołnierze Armii Ludowej oraz Gwardii Ludowej mieli zostać wyjęci spod prawa kombatanckiego, ponieważ uznano, że działania obu organizacji były wymierzone w suwerenność, niepodległość i integralność Rzeczypospolitej Polskiej.

Jak to się stało, że nazwa tak haniebnej formacji przetrwała proces dekomunizacji i pozostała nazwą dla jednej z głównych ulic w stolicy?

Najbardziej zniesmaczony jestem faktem, że w jednym z najładniejszych parków w stolicy, a dokładnie w Parku Skaryszewskim im. I. J. Paderewskiego, stoi Pomnik Żołnierzy Radzieckich, upamiętniający 26 sołdatów poległych we wrześniu 1944 r. Na wmurowanej w monument tablicy został umieszczony napis:

Wieczna chwała
bohaterom
Armii Czerwonej
poległym w walkach
o wyzwolenie
stolicy Polski
Warszawy

Udział Armii Czerwonej w wyzwalaniu Warszawy jest nikły – ZSRR nie popierało powstania warszawskiego. Konsekwencje „pomocy” Związku Radzieckiego okazały się katastrofalne dla Polski. Po wycofaniu się Niemców Rosjanie zajęli stolicę i rozpoczęli własną okupację, nie oddali jej w ręce Polaków. Warto też przypomnieć, że Związek Radziecki 17 września 1939 r. dokonał agresji na Polskę, która zaowocowała bardzo długą okupacją i wieloma represjami. Dodatkowo wiedząc, jaki cele i nakazy miały komunistyczne służby działające na terenie RP, a potem PRL (Armia Czerwona, NKWD, UB, SB, ogólnie cały aparat represyjny kontrolowany przez Związek Radziecki), jak można było pozostawić taki pomnik?

Takich i podobnych przykładów można mnożyć. Wiele z nich nie budzi już kontrowersji, a mieszkańcy miast z pewnością przyzwyczaili się do widoku pomników czy nazw ulic działaczy zasłużonych dla PRL-u. Godząc się na nie, wykazujemy się także pewną postawą – obojętnością względem naszej przeszłości. Świadomość krzywd, jakie spadły na Polaków z rąk Niemców i Rosjan, nie powinna zostać wyparta. Przeszłość kształtuje przyszłość, nie znając jej, tracimy część narodowego dziedzictwa.

Reklamy

11.11.11 – Marsz Niepodległości!

Polacy wybili się na niepodległość 11 listopada w 1918 r. Za 3 tygodnie w Warszawie odbędzie się przemarsz ulicami miasta upamiętniający 93. rocznicę uzyskania suwerenności państwowej.

W zeszłym roku podczas Marszu Niepodległości w Warszawie manifestowały też osoby, które nie celebrowały najważniejszego święta narodowego w Polsce. Wtedy z przykrością obserwowałem medialne doniesienia o tym, jak inna grupa społeczna (cóż, wybaczcie tę generalizację), starała się zablokować legalną inicjatywę. Wszystko wskazuje na to, że w 2011 roku będzie podobnie.

Fakt ten, sam w sobie nie jest jeszcze zły, najgorsza jest argumentacja tego działania: Marsz Niepodległości ma zostać zablokowany, bo w Marszu uczestniczą faszyści, czyli osoby wierzące w faszyzm, czyli w:

ideologię skrajnie nacjonalistyczną i rasistowską; też: totalitarna forma rządów oparta na tej ideologi (SJP, PWN)

doktrynę polityczną powstałą w okresie międzywojennym we Włoszech, która sprzeciwia się demokracji parlamentarnej, głosząca kult państwa (statolatrię, totalitarne silne przywództwo, terror państwowy i solidaryzm społeczny). Faszyzm podkreślał wrogość wobec zarówno liberalizmu, jak i komunizmu. Początkowo nazwa odnosiła się tylko do włoskiego pierwowzoru, później była stosowana wobec pokrewnych ruchów w latach 20. i 30. XX wieku, zwłaszcza narodowego socjalizmu w Niemczech, oraz współczesnych ruchów wywodzących się z partii faszystowskich (neofaszyzm). (Wikipedia)

Ten argument zazwyczaj powoduje z jednej strony śmiech, z drugiej konsternacje u osób, które wezmą bądź chciałyby wziąć udział w Marszu Niepodległości. Okazywanie zadowolenia z faktu, że 93 lata temu, Polska stała się wolnym krajem, nie jest działaniem faszystowskim, a patriotycznym.

Wiele osób dostrzegło, że oskarżenia o faszyzm to pustosłowie, m.in. George Orwell w 1944 roku [źródło] wykazywał, iż jest to pozamerytoryczny argument osobisty, który nie niesie ze sobą żadnej treści. W 2007 „The Economist”, brytyjski opiniotwórczy tygodnik stwierdził, że „w większości dyskusji dobrą zasadą jest, że pierwsza osoba, która wyzwie drugą od nazistów, automatycznie przegrywa dyskusję” [źródło]. Na gruncie polskim absurd oskarżeń rzucanych na uczestników Marszów Niepodległości dostrzegł prof. Zdzisław Krasnodębski, który napisał i udostępnił swój artykuł pt. Antyfaszyzm odrzucony.

Na koniec tylko dodam, że gdyby Marsz faktycznie był faszystowski, propagowałby treści totalitarne, to organizatorzy nie otrzymaliby zgody na organizację takiego przemarszu. Przypomnę Art. 256. Kodeksu karnego:

Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

Dlatego właśnie zachęcam wszystkich do uczczenia 93. rocznicy uzyskania niepodległości. Nie trzeba jechać do Warszawy na Marsz, wystarczy zawiesić flagę w oknie czy na balkonie. Dzień Niepodległości powinien być powodem do dumy, nie wstydźmy się pokazać miłości do Ojczyzny, ani przywiązania do biało-czerwonych barw. Amerykanie nie mają wątpliwości, jak świętować rocznicę uchwalenia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych, weźmy z nich przykład.

Służba Zwycięstwu Polski

Dziś obchodzimy 72. rocznicę powstania Polskiego Państwa Podziemnego. W historiografii przyjęto, że początkiem Polski Podziemnej jest 27 września 1939 r., a dokładnie decyzja generała Juliusza Rómmla o powołaniu do życia konspiracyjnej organizacji Służba Zwycięstwu Polski (SZP), której dowódcą został generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Gen. Rómmel otrzymał od Naczelnego Wodza (gen. Edward Rydz-Śmigły) pełnomocnictwa, na mocy których wydał rozkaz ger. Tokarzwskiemu-Karaszewiczowi:

Dane mi przez Naczelnego Wodza w porozumieniu z Rządem pełnomocnictwo dowodzenia w wojnie z najazdem na całym obszarze Państwa, przekazuję gen. bryg. Michałowi Tadeuszowi Tokarzewskiemu-Karaszewiczowi z zadaniem prowadzenia dalszej walki o utrzymanie niepodległości i calości granic. – J. Rómmel, gen. dyw.
— „AK w dokumentach 1939-1945”, t1, str 2; SBN 950134805, Gryf Printers Ltd., London,1970

SZP była pierwszą tajną organizacją założoną odgórnie, jej uformowanie wynikało z decyzji ówczesnych władz polskich. Równolegle do SZP działały jeszcze inne konspiracyjne grupy, jednak nie miały one tak wielkiego zasięgu czy poparcia rządzących. Do takich organizacji należało między innymi: „Ojczyzna” ks. Józefa Prądzyńskiego, Tajna Organizacja Wojskowa „Gryf Kaszubski”, Organizacja Orła Białego, Pogotowie Obywatelskie, Komenda Obrońców Polski, Polska Niepodległa czy Tajna Armia Polska. W latach 1939/1940 działało ponad 150 struktur konspiracyjnych, a przez całą II wojnę światową było ich ok. 300.

Służba Zwycięstwu Polski nie działała zbyt długo, a jej poczynania były często blokowane przez następcę Rydza-Śmigłego na stanowisku Naczelnego Wodza – gen. Władysława Sikorskiego, który obawiał się piłsudczyków w strukturach SZP i zbyt silnej organizacji działającej na terenie okupowanej Rzeczpospolitej. Sikorski był przekonany, że Alianci szybko pokonają III Rzeszę, dlatego nie chciał mieć konkurencyjnych ośrodków pretendujących do dzierżenia władzy w wolnej Polsce.

Tokarzewski dynamicznie przystąpił do tworzenia SZP. Współpracował między innymi ze Stefanem Starzyńskim, Maciejem Ratajem, a także innymi liderami przedwojennych stronnictw opozycyjnych. Działalność Służby Zwycięstwa Polski została zakończona 13 listopada, gdy na mocy decyzji gen. Sikorskiego, premiera Rządu na Uchodźstwie, została przekształcona w Związek Walki Zbrojnej, którego komendantem został gen. Kazimierz Sosnkowski. ZWZ miało siedzibę w Paryżu, jednak pod koniec czerwca 1940 r. zdecydowano przenieść kwaterę główną do Warszawy, a nowym komendantem został gen. Stefan Rowecki.

Na zakończenie tego wpisu zachęcam do obejrzenia pierwszego odcinka polskiego serialu poświęconego Polsce Podziemnej:

IPN w czasie Nocy Muzeów

Już w najbliższy weekend Noc Muzeów w Warszawie. Z tej okazji Instytut Pamięci Narodowej zorganizował Nocny Festiwal Planszowych Gier Historycznych. Spotkanie odbędzie się w nocy z 14 na 15 maja w godz. 19:00 – 01:00 w Centrum Edukacyjnym IPN „Przystanek Historia” im. Janusza Kurtyki przy ulicy Marszałkowskiej 21/25 w Warszawie. Festiwal ma na celu popularyzację gier planszowych jako hobby i jako sposobu propagowania historii. Podczas imprezy będzie można zagrać w liczne gry, które swą tematyką dotykają historii XX stulecia:

  • 303,
  • Kolejka,
  • Memoir ‘44,
  • Mali Powstańcy,
  • Orzeł i Gwiazda,
  • Polska 1939,
  • Szare Szeregi,
  • Twilight Struggle.

Uczestnicy festiwalu będą mogli nie tylko zagrać w powyższe gry, ale również spotkać się z ich wydawcami oraz wziąć udział w specjalnym pokazie zorganizowanym przez firmę Wargamer. Oprócz tego podczas Nocy Muzeów w siedzibie IPN-u będzie można obejrzeć maraton filmowy, w czasie którego widz zobaczy kilkadziesiąt filmów dotyczących wydarzeń z powojennej historii Polski. Dodatkowo każdy będzie mógł stać się uczestnikiem spaceru po wystawie „Plastyka niezależna” ukazującej najważniejsze przejawy niezależnego życia artystycznego w latach 19761989.

Przy okazji zwrócę uwagę, bo pewnie nie wszyscy są świadomi wkładu, jaki ma Instytut Pamięci Narodowej w popularyzowanie gier planszowych dotyczących historii. Mimo, że to stosunkowo młoda inicjatywa dla samego IPN-u, to Instytut stara się wydawać kolejne gry, aby zachęcić młodych ludzi do poznawania interesujących dziejów XX stulecia. IPN ma znaczną siłę przebicia jako organizacja państwowa, a także traktowana jest „poważnie”, przez co ma większe możliwości, jeśli chodzi o współpracę ze sponsorami czy kontrahentami.

Niestety nie miałem okazji zagrać w produkcje z logiem Instytutu, więc nie wypowiem się o jakości samych gier, lecz gdy nadarzy się okazja zagrania w którąś z nich, na pewno z niej skorzystam. Jak do tej pory IPN wydał 4 gry planszowe:

  • 303,
  • Awans – zostań marszałkiem Polski,
  • Kolejka,
  • Pamięć ’39.

Instytut Pamięci Narodowej prowadzi obecnie bardzo ciekawe akcje, nie zajmuje się tylko badaniem XX wieku, ale również promocją historii. Zakres działalności jest dość szeroki – wystawy, konferencje, konkursy dla młodzieży, spotkania z naukowcami i świadkami historii. Jeśli jesteś zainteresowany inicjatywami Instytutu, zapraszam na jego stronę: www.ipn.gov.pl.

„Krzyż” i „Mgła”

Dziś premiera filmu dokumentalnego pt. Krzyż, kontynuacji dokumentu Solidarni 2010, a za kilka dni (5 kwietnia) odbędzie się premiera książki pt. Mgła autorstwa Marii Dłużewskiej i Joanny Lichockiej. Twórcami nowego filmu dokumentalnego są Ewa Stankiewicz i Jan Pośpieszalski. Nie trudno domyślić się tematyki tej produkcji – tytułowy krzyż to oczywiście krzyż ustawiony na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim. Natomiast Mgła to zapis rozmów Dłużewskiej i Lichockiej z urzędnikami Kancelarii Prezydenta  Lecha Kaczyńskiego, czyli rozszerzona wersja filmu dokumentalnego o tym samym tytule.

Informacja o Krzyżu ze strony Fundacja Nasza Przyszłość:

Kontynuacja kontrowersyjnego filmu Solidarni 2010. Będzie to prawdopodobnie najgłośniejszym dokumentem 2011 r.

Jedna z najzdolniejszych polskich reżyserek we współpracy z Janem Pospieszalskim stworzyła poruszającą relację z Krakowskiego Przedmieścia. W czerwcowe, lipcowe i sierpniowe noce cierpliwie przyglądała się starciu dwóch światów pod Pałacem Prezydenckim. Konflikt, narastanie wrogości, wymiana argumentów, akty agresji, próby porozumienia… Kamera minuta po minucie rejestrowała spór o wolność słowa, wolność religijną, demokrację i prawdziwe przyczyny katastrofy pod Smoleńskiem. Tak pełnego obrazu spotkań pod krzyżem nie pokazały żadne wiadomości, nie przekazała żadna gazeta.

Książka dołączona do płyty zawiera wywiad rzekę z twórcami Krzyża – między innymi o cenie, jaką przyszło im zapłacić za Solidarnych 2010, oraz o roli wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu w najnowszej historii Polski.

Zapraszam do zapoznania się z trailerem:

Informacje o książce Mgła ze strony: Wydawnictwo Zysk i S-ka.

Rankiem 10 kwietnia 2010 roku na lotnisku w Smoleńsku historia zmieniła bieg. W katastrofie rządowego Tu-154M zginął prezydent RP Lech Kaczyński wraz z delegacją. Ponieśli śmierć niedaleko Katynia, miejsca gdzie Rosjanie zamordowali kilka tysięcy polskich oficerów. Odeszli szefowie, ministrowie, elita społeczeństwa. Odeszli mężowie, żony, ludzie bliscy.

Mgła to pełen zapis rozmów odbytych w lipcu i sierpniu przez Marię Dłużewską oraz Joannę Lichocką z sześcioma urzędnikami Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – Jackiem Sasinem, Adamem Kwiatkowskim, Marcinem Wierzchowskim, Jakubem Oparą, Andrzejem Dudą oraz Pawłem Zołoteńkim. Na podstawie tych wywiadów powstał już film. Teraz prezentujemy pełen zapis rozmów w postaci książki.

Bohaterowie opowiadają o swych przeżyciach w obliczu niewyobrażalnej tragedii, ale też o tym jak wyglądały przygotowania do wyjazdu prezydenta do Katynia, jak z ich perspektywy wyglądał tydzień żałoby i przygotowania do pogrzebu pary prezydenckiej, współpracowników, najbliższych przyjaciół. Opisują, jak w tle dramatycznych wydarzeń, toczyła się gra polityczna.

Mgła to rozmowy o prawdziwym obliczu katastrofy smoleńskiej. Historia opisana momentami chłodno, ale często też emocjami, łzami i gniewem.

Zapraszam do zapoznania się z filmem dokumentalnym Mgła oraz z moim komentarzem do niego.

Centrum Nauki Kopernik

W miniony wtorek miałem przyjemność odwiedzić Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. CNK to instytucja ukazująca związek nauki z kulturą i codziennością – przynajmniej tak możemy przeczytać na stronie internetowej tego nowoczesnego interaktywnego muzeum. W budynku CNK zgromadzono dziesiątki, jeśli nie setki, najróżniejszych eksponatów. Większość z nich ukazuje jakieś fizyczne, chemiczne czy biologiczne ciekawostki, dlatego można dowiedzieć się paru interesujących rzeczy. Każda atrakcja jest opisana, a przede wszystkim omówione zostało prawo czy zasada działania, dzięki której dany eksponat stanowi atrakcję dla odwiedzających CNK.

W Centrum spędziłem ponad 2h, ani przez chwilę się nie nudziłem. Niestety nie miałem możliwości skorzystać z wszystkich atrakcji, ponieważ inni goście muzeum – głównie dzieci z podstawówki i gimnazjum – skutecznie uniemożliwiali mi to. I właśnie to jest największym problemem – nie wiem, czy jest w ogóle taki dzień tygodnia lub taka pora dnia, kiedy nie ma dzieciaków, hałasów i nieustannych pisków. CNK to bardzo duże miejsce, ale jednocześnie bardzo popularne.

Mimo pewnych niedogodności związanych z ilością odwiedzających, polecam wam wizytę w Centrum Nauki Kopernik. Twórcy CNK pokazali, że nauka może mieć praktyczne zastosowanie w życiu codziennym,  i że warto uczyć się przedmiotów ścisłych.

Zapraszam także do obejrzenia kilku zdjęć z mojej wizyty w CNK.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Europa stoi w ogniu

W Europie Zachodniej coraz częściej ludzie demonstrują na ulicach. W przeciągu tygodnia czy dwóch strajki odbyły się w Belgii, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemczech, na Węgrzech, we Włoszech i w Polsce. Te wystąpienia mają podłoże ekonomiczne – cięcie wydatków socjalnych czy podnoszenie wieku emerytalnego wzbudzają ogólną niechęć społeczeństwa, które niezadowolone wychodzi na ulice, aby wykrzyczeć swoje racje.

Palenie koszy na śmieci w centrum Barcelony podczas strajku generalnego związków zawodowych. (AFP/ Getty Images / Josep Lago)

Czym to się skończy? Podejrzewam, że jedynie powierzchownymi reformami i zaspokojeniem żądań protestujących, ergo nie odbędą się potrzebne reformy finansów publicznych. Fala strajków jasno i dobitnie ukazuje ogromny problem społeczny w UE, a mianowicie przyzwyczajenie ludzi do życia na wysokim poziomie za „nic nie robienie”.

W tych wystąpieniach ulicznych dużą rolę odgrywają związki zawodowe, które potrafią umiejętnie wykorzystać swoje siły i domagać się „godnej płacy i życia tu i teraz”. Nie liczą się przyszłe pokolenia i gruntowna reforma finansów, ważne by mało pracować, a dużo dostawać.

W tym miejscu znajdują się zdjęcia z fali strajków w Europie. Zapraszam do ich obejrzenia. Oprócz tego zachęcam do zapoznania się z dokumentem Johna Stossela: